epilog

 

Z tego miejsca chciałabym Wam, moje drogie, serdecznie podziękować.

Tym oto rozdziałem kończę „Zazdrość zabija”, moje pierwsze opowiadanie na pierwszym blogu.

To dzięki Waszym komentarzom miałam ochotę i motywację, aby skończyć tę historię. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna :D

Aby napisać ten epilog musiałam przeczytać wszystko od początku i stwierdzam, że strasznie szkoda, że już kończę. Ale tak musi być. Zakończę to opowiadanie, nie będę przymulać xD

Ogólnie jestem z siebie bardzo zadowolona.

Nie wiem, czy kiedyś czasem nie powstanie druga część tej historii – zainteresowanych proszę o opinie i podanie linku do bloga/strony , gdzie mogłabym poinformować Was o mojej decyzji :)

Możecie także dać Follow na tt : @zadelenowana

Zapraszam na mojego drugiego bloga o Delenie: oddech-delena-ff.blogspot.com

Jeszcze raz dziękuję za każdy komentarz :)

 

#

 

To tylko beznadziejny film.

Zaraz zobaczy swoją uśmiechniętą księżniczkę siedzącą obok niego. Będzie wtulała swoje piękne ciało w jego pierś, a on zanurzy nos w jej złote włosy i odurzy zapachem jej skóry i szlachetnej krwi.

Gdzie ten cholerny reżyser?!

To nie tak miało wyglądać.

Miał plan, naprawdę dobry. A raczej: czarownice miały. Zapomniał, tylko na małą chwilę,  że nie jest na Ziemi,  że  je jest już najpotężniejszą istotą jaką nosił świat ludzi.

Nie powinien był im ufać. Całe życie polegał tylko na sobie i powodziło mu się znakomicie. Potem otworzył się przed kilkoma osobami, zdołał im zaufać… i co? Zmiękł. Zmienił się i to doprowadziło go do zguby.

Leżał teraz w kącie cuchnącej i wilgotnej celi, wpatrzony w postać siedzącą za kratami naprzeciwko.

To Stefano. Odkąd złapała ich straż i wtrąciła do lochów,  nie odezwał się ani słowem.

Ile czasu minęło?

Chyba kilka miesięcy.

Damon umierał. Każda komórka jego ciała błagała o pokarm. Łaknął krwi bardziej niż czegokolwiek. Ilekroć zamknął oczy, zdołał sobie wyobrazić tylko czerwoną, lepką ciecz spywającą po szyi jakiejś kobiety. Te myśli wykańczały go psychicznie. Miał ochotę umrzeć,  skończyć z tym wszystkim. Dałby radę.

Ale gdzieś na obrzeżach jego podświadomości widniał obraz twarzy Eleny. Musiał ją zobaczyć.  Chociaż raz.

Zanim umrze, musiał ją pocałować. Kiedy jego mózg nie był zajęty rozmyślaniem o krwi czy śmierci, wspominał.

Myślał o bracie, ich nienawiści. O ojcu, o matce.  Także o naiwnej, ale niebezpiecznej, Katherine. Przypomniał sobie pierwsze spotkanie z Eleną, pierwszy pocałunek. Wspólną walkę, by ocalić Stefano. I wreszcie własną śmierć.

Nie żałował prawie żadnej rzeczy,  którą uczynił. Był z siebie nawet dumny – stworzył historię, razem z bratem byli legendą.

Był bohaterem, nie krył się z tym. Damon nie był skromny. Dlaczego więc przyjdzie mu umrzeć w tak chaniebny sposób? W lochu?

Chciał walczyć. Poczuć znów szpadę w dłoni. Albo ciężki miecz, jak wtedy, gdy jako młody wampir walczył na polach średniowiecznej Europy.

- Damon – usłyszał melodyjny głos.

A więc to koniec. Anioł przyszedł się nad nim poznęcać. Zaraz spotka się z samym królem Piekła.

Zaświtała mu myśl, że w sumie może walczyć nawet z szatanem. Co za różnica?

- Kochanie.

Poczuł, że jest pojony krwią. Zaczął pić łapczywie, a kiedy płyn nagle się skończył, Damon otworzył oczy. Poczuł się jak nowonarodzony.

Elena klęczała przed nim. Miała łzy w cudownych niebieskich oczach,  ale się uśmiechała.

- Jesteś piękna – powiedział,  uśmiechając się.

- Nie mam wiele czasu – oznajmiła smutno. – Ale chcę ci coś powiedzieć.

- Tak, Aniele? – zagadnął, próbując wstać. Kiedy to zrobił, pogłaskał Elenę po policzkach. Zauważył, że jego ciało, w przeciwieństwie do twarzy Eleny, oblepia brud. Starał się nie patrzeć na brzuch dziewczyny. Był wyraźnie wypukły.  Łzy wściekłości zaczęły napływać mu do oczu.

Oto wielki Damon Salvatore. Nie zdołał obronić swojej kobiety.

- To koniec – powiedziała szeptem Elena. – Znaleziono Naznaczoną. Sage zabije ojca.

- Cieszę się – powiedział cicho – Ale… ty…

Mimowolnie spojrzał na brzuch dziewczyny. Elena położyła na nim smukłą dłoń.

- Nie chciałam tego – załkała cicho. Wyobraził sobie, jak ohydne ciało Pierwszego naciska na Elenę. Jak płacze, próbując się wyrwać.

Przytulił ją mocno.

- Cicho – mruknął.

Płakała dalej.

A on był wściekły. Na siebie, Sage’a, jego ojca gwałciciela. Zacisnął mocno zęby, aż pociemniało mu w oczach. Ścisnął mocniej Elenę, kiedy zobaczył, że zbliża się strażnik.

Kocha ją, do cholery!

- Damon…

Nie chciał jej puścić. Z ust dziewczyny wydobył się jęk bólu.

- Damon!

Obudził się, a Elena wierciła się niespokojnie. Puścił ją niemal od razu. Zorientował się, że przytulił ją odrobinę za mocno.

- Co ci jest? – spytała rozdrażniona, wygrzebując się z uścisku Damona.

- Upewniam się, czy nadal jesteś – uśmiechnął się pod nosem.

Ten sen… wolał nawet o tym nie myśleć. Na szczęście wszystko było dobrze. Ojciec Sage’a naprawdę nie żył, a on miał za sobą najcudowniejsze spotkanie z Eleną w całej ich historii.

- Jestem, głupku – odparła, wtulając się głową w zagłębienie jego szyi. – Zawsze będę.

Zawsze – to słowo nagle zyskało sens.

 

#

 

W 1470 roku w posiadłości rodu Salvatore’ów we Florencji, we Włoszech, zaczęła się tworzyć legenda. Pięć lat później dopełnił się początek.

Mówią, że od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok. To prawda. Czasem coś musi zniknąć, by powstało coś nowego, lepszego, trwalszego.

A było to tak: dwa potwory, dwaj bracia z tej samej krwi, nienawidzący się tak, że potrafili się nawzajem zabić. I piękna dziewczyna.

Połączyła ich miłość i tak już zostanie. Dzięki jednej kobiecie zmieniły się losy całego świata i Mrocznych Wymiarów.

A bracia znów stali się jednością.

I zwyciężyli.

Bo nie ma na świecie potężniejszej broni niż miłość.

 

#

 

 

Kochane, obiecuję, że ja tu kiedyś wrócę!

#22 Ocalenie przyszło od wiedźm.

Rozpędzona mknę przez tłum I nie zatrzyma mnie już nic Zaginam przestrzeń tak bez słów tak bez słów, tak bez słów

Uciekam, wracam  do tych miejsc Tak niezwyczajnych, cichych miejsc I w deszczu spadających gwiazd zmieniam się, zmieniam się.

Ada Szulc ,, Dokąd uciekam”

Kiedy sekundy wloką się jak godziny, a każda z tych sekund jest na wagę twojego życia, sytuacja wcale nie jest zabawna. Teoretycznie bowiem już powinnaś być kilka metrów z przodu, ale każdy krok jest jakby krótszy i wszystko dzieje się okropnie powoli. A już zupełnie fatalnie jest wtedy, kiedy ktoś cię ściga, twoja ręka jest zlamana i nie masz butów ani zielonego pojęcia,  gdzie uciekać. Ból przeszywa nie tylko twoje ciało, ale rani cię także każda myśl. Czy przypadkiem nikomu nic się nie stało?  Czy dobrze zrobiłam, uciekając? W pewnej chwili chcesz się poddać,  ale duma reaguje dostatecznie szybko i ci nie pozwala.

- Elena!  – ryk jej prześladowcy jakimś cudem przebił się przez gwar ulicy. – Zatrzymać ją!

Przyspieszyła,  choć stopy bolały ją wręcz straszliwie. Czuła każdy najmniejszy kamyczek wbijający się w jej skórę,  najdrobniejszą kropelkę potu i każde dotknięcie chciwej ręki ludzi, którzy chcieli ją zatrzymać. Ale nie mogła się poddać,  o nie. Nie miała konkretnego planu. W miejscu takim jak Mroczne Wymiary tak naprawdę niczego nie można było przewidzieć.

Ktoś przytrzymał ją za bluzkę,  ale jakimś cudem się wyrwała.  Ale kiedy zobaczyła przed sobą ogromny wóz załadowany jakimiś workami,  zwolniła.  W jednej sekundzie zorientowała się, że ma dwa wyjścia : poddać się, albo skręcić w boczną uliczkę,  gdzie kątem oka zauważyła postać,  która zdawała się zachęcać ją do przyjścia. Przyjaciel, czy wróg?

Skręciła. Nie mogła pozwolić sobie na spotkanie z Sagem.

Tłum ludzi z głośnym krzykiem pobiegł za nią, ale ona prawie tej wrzawy nie słyszała. Jakimś sposobem jedynym dźwiękiem,  który docierał do jej uszu było bicie jej serca. Elena zorientowała się, że ciemna postać,  która ją wołała, zniknęła nagle w cieniu. Spanikowała i przystanęła, łapiąc oddech. Nie zdążyła jednak sformułować ostatniej myśli,  gdyż została pociągnięta za bolącą rękę w bok. Zdusiła okrzyk bólu i wpadła do jakiejś ciemnej niszy. Usłyszała trzask zamykanych drzwi i głosy szukających jej ludzi nagle stały się cichsze. Nie mogła zapanować nad oddechem, choć bardzo się starała. Adrenalina odpłynęła i poczuła okropny ból ręki oraz pieczenie bosych stóp. Przeklinała w myślach pomysł Damona,  który wyciągnął ją z łóżka bez obuwia czy choćby skarpetek.

- Cicho- powiedział jej wybawiciel,  którego twarzy nie widziała. – Dasz radę chodzić?

Jękneła bezwiednie, co słusznie przyjął jako „nie”. Podszedł do niej i wziął delikatnie na ręce,  niosąc ją gdzieś w głąb kryjówki. Głosy z ulicy cichły, aż w końcu ustały.

- Jestem Alain. Jesteś tu bezpieczna – zakomunikował, kładąc ją na szorstkiej kanapie. To głupie,  ale uwierzyła mu. Naprawdę, była tak wystraszona,  że zaufałaby chyba nawet Sage’owi, gdyby na chwilę złagodniał. – Jesteś niemową? – spytał, zapalając małą lampę naftową, która stała na szafce obok głowy Eleny. W końcu zobaczyła twarz Alaina. Był jasnowłosym, młodym chłopakiem z wąskimi ustami , które wyglądały tak, jakby nigdy się nie śmiały.  Z wyrazu jego zielonych oczu wyczytała, że zgadła. W Alainie nie było ani cienia radości.

-Nie, po prostu… jestem w szoku – wyznała, krzywiąc się z bólu. – Mam na imię Elena i…

- I coś jest nie tak z twoją ręką – dokończył. Potem otworzył szafkę i wyjął ze środka rolkę bandażu, miskę i kilka świec. Elena zauważyła,  że w naczyniu są różne dziwactwa: fiolki,  nasiona i woreczki.

- Jesteś czarownikiem? – spytała widząc, że Alain ustawia świece w małym okręgu.

- Znachorem – odparł lakonicznie. Elena myślała,  że coś doda,  ale więcej się nie odezwał.

- Dlaczego mnie uratowałeś?  - spytała, chcąc jakoś podtrzymać rozmowę.

- Bo jesteś Naznaczona.

- No i co z tego? – patrzyła,  jak wyrzuca zawartość miski gdzieś poza siebie, a do jej glinianego wnętrza wlewa jakąś brunatną ciecz. – Czy zawsze trzeba mieć powód,  żeby robić dobre rzeczy?  - wyczuła w jego głosie nutkę zdenerwowania, więc sama się spięła.  Co jak co,  ale nadal nie wiedziała,  czego się może po nim spodziewać.

- Jesteś tu bezpieczna – powtórzył trochę ciszej. -Żadna istota nie ma prawa nas tutaj znaleźć. Więc się uspokój i daj sobie po prostu pomóc,  dobrze?

- Dobrze – przytaknęła. Alain wymruczał jakąś formułę nad tajemniczą cieczą i zanurzył w niej kawałek bandażu. Owinął mokrym materiałem złamaną rękę Eleny i zaczął sprzątać.

- Od jak dawna Sage cię ściga? – spytał w końcu, przykucając przy kanapie. Nadal był dziwnie smutny, co w pewien sposób ją przerażało.

- Od wczoraj – wyznała Elena po krótkim namyśle. Czy naprawdę minęło tylko kilkanaście godzin? Zdawało jej się,  że to wszystko zaczęło się już bardzo dawno.

- Niektórzy uciekają latami – powiedział Alain chłodno. – Musisz wiedzieć,  że nie mam zamiaru pomagać ci tak długo. Nie skończyłoby się to dla mnie dobrze -powiedział tak spokojnym i wyzutym z emocji głosem,  że Elena miała ochotę wydrzeć się,  żeby w końcu okazał trochę uczuć. Zamiast tego odetchnęła głęboko.

- Dziękuję. Znajdę tylko chłopaka i sobie pójdę,  nie martw się – zapewniła, spoglądając w ogień lampy.

Czy pięćsetletniego wampira można nazwać „chkopakiem”? To brzmi conajmniej niedorzecznie,  pomyślała.

#

-Co robisz? – usłyszała gdzieś zza swoich pleców. Elena siedziała nad lśniącym jeziorem,  które przez wzgląd na późną porę miało czarny kolor, podobnie jak niebo i wszystko inne dookoła.

- Myślę – odparła,  przeczesując palcami chłodne zdźbła trawy i patrząc przed siebie. Przyjemny wietrzyk pieścił jej twarz delikatnymi podmuchami,  podobnych do pocałunków nocy.

- O czym? Damon usiadł za nią i oplótł jej ciało swoimi nogami. Zadrżała, kiedy wtulił twarz w jej złote włosy spadające do połowy pleców. Wargami muskał czule skórę głowy Eleny, a swoją rękę Położył na jej brzuchu i przycisnął dziewczynę bliżej siebie.

- Nie wiem – powiedziała szczerze. – O życiu. O nas. O wiecznym szczęściu.

- Nic nie trwa wiecznie – stwierdził Damon, wtulając się głową  w zagłębienie szyi Eleny.

- My trwamy! – zawołała ze śmiechem, kiedy poczuła gorące pocałunki Damona na swojej szyi. Chwyciła go za rękę i odwróciła się przodem do wampira, siadając mu na kolanach.- Będziemy wiecznie młodzi i szczęśliwi. Będziemy się kochać aż do skończenia świata,  prawda?

Uśmiechnął się do niej,  ale był to jeden z tych smutnych grymasów. Potem ucałował Elenę w policzek i spojrzał na nią z całkowitą powagą.

- Do skończenia ziemskiego świata- sprostował. Dłoń,  którą głaskał jej policzek, stała się nagle zimna i skostniała.

Popatrzyła w oczy Damona,  szukając w jego twarzy jakichś zmian. Ale nie dostrzegła nic niepokojącego.  Z jego czarnych,  błyszczących oczu biły jak zwykle spokój i skupienie. Zbliżył swoje piękne jasne usta do warg Eleny i musnął je lekko, patrząc jej w oczy. Uśmiechnął się nieznacznie i pochylił się, biorąc więcej. Elena chętnie oddała pocałunek, choć czuła bardzo wyraźnie, że coś jest nie tak. To zimno… wydobywało się z wnętrza Damona i sprawiało,  że jego ciało było chłodne,  jakby przemarznięte. Przycisnął ją do siebie mocniej i zaczął błądzić rękami po jej plecach. Błagała, żeby nie dotknął jej nagiej skóry. Ale zrobił to.  Syknęła. Nie usłyszał jej, co było dziwne. 

- Damon… – wywymruczała,  odsuwając się od niego nieznacznie. – Co ci się dzieje?

- Trochę tu gorąco – uśmiechnął się. – Nie miałbym nic przeciwko, jeśli pozbyłabyś się …

- Jesteś lodowaty! – zawołała, otwierając szeroko oczy. – Nie czujesz?

Wzruszył ramionami,  chciwie gapiąc się na usta Eleny. Wyglądał jak zwykle zabójczo. To słowo było doskonałe. I oprócz nienaturalnie bladej twarzy, wszystko było z nim jak zawsze.

- Kiedy jestem obok ciebie,  czuję się niesamowicie szczęśliwy.  To nie są zimne uczucia, Eleno.

Ale kiedy wypowiedział te słowa, z rany na jego czole zaczęła płynąć krew. A potem widać było ją już także wypływającą z nosa. Na bladej twarzy Damona wyglądało to upiornie. Elena z krzykiem zerwała się z miejsca i odskoczyła od wampira.

– Damon,  jesteś chory! – załkała, zakrywając usta dłońmi. Czarnowłosy również wstał i zbliżył się do niej. Bordowa ciecz spływała po jego policzku, skapywała na usta i ciekła po brodzie. Otworzył szerzej swoje czarne jak otaczający ich świat oczy i przekrzywił głowę o kilkanaście stopni w lewo.

– To z miłości – powiedział z dumą.

– Nie prawda – zaprzeczyła. – Co ci jest?

– Czuję się dobrze, Eleno. Jak nigdy. Czuję się sobą -wyznał ze spokojem, podchodząc bliżej. Elena chciała się cofnąć,  ale zorientowała się, że jeśli to zrobi, wpadnie do czarnego jeziora. Spojrzała na Damona.

Wiedziała krew,  krew na jego cudownej twarzy. I to dziwnie znajome spojrzenie,  które pozostało niezmienne, odkąd go poznała. Coś rozkazywało jej zaufać mu, odrzucić na bok mrok, który go spowijał, na który nic nie mogła poradzić. Rozkazywało jej zignorować lepką ciecz spywającą po jego skórze, choć wcześniej nie miał na twarzy żadnych ran. Podszedł do niej i złączył ponownie ich usta. Elena poczuła metaliczny posmak krwi, jak gdyby Damon miał na ustach niewielką ranę. Już raz całowała się z chłopakiem,  który miał rozciętą wargę. Tyle że teraz tej krwi było mnóstwo i nie przestawała płynąć. Chciała się wyrwać, bo bała się, że może się zakrztusić.

Ale Damon przycisnął ją tylko mocniej do siebie, jak gdyby było to ich ostatnie spotkanie. Nie mogła już oddychać, dławiła się jego krwią, czuła lodowate palce na swoim ciele.

Przestań, usłyszała głos wampira w swojej głowie. Wiedziałaś, że jeśli się wplątasz,  nie odejdziesz tak po prostu.

Duszę się,  przekazała mu ostatkiem sił. Przestawała już walczyć.

Trudno. Jesteś moja. A dopóki żyjesz, dopóki istniejemy na tym świecie,  będziesz dzieliła ze mną moje przekleństwo. To nie ważne, że się dusisz. Sama pozwoliłaś mi się pocałować.

A potem mówił coś jeszcze do niej telepatycznie. Ale nie słyszała, co.

###

Włócznia Meredith była jedyną rzeczą, która mogła zabić Sage’a. Był zbyt silny, aby Damon mógł użyć kołka. Zresztą, jakoś nigdzie nie widać było ani jednego drzewa.

Ale problem nie tkwił tylko w braku narzędzia. Sage był opętany. Nie myślał racjonalnie. A kiedy był trzeźwo myślącym wampirem, naprawdę nie można było narzekać na jego towarzystwo.

- To co robimy? – spytał Stefano, rozglądając się nerwowo w poszukiwaniu Sage’a, który na chwilę zniknął im z oczu.

Damon widział tylko, że Elenie jakimś cudem udało się uciec, dlatego był w miarę spokojny.

– Użyjemy nazwiska jako tarczy – mruknął, ściskając mocniej włócznię. Ludzie przemykali obok nich, rzucając ciekawskie spojrzenia. Na szczęście nikt o nic nie pytał. - A co chciałbyś zrobić?

– No wiesz – odburknął Stefano,  patrząc na brata wilkiem.-Chociaż raz mógłbyś się powstrzymać od sarkazmu w takiej sytuacji.

– Trzesęsiesz swoim kościstym tyłkiem, bo to ja mam włócznię? – zakpił Damon, uśmiechając się lekko. -To twoje typowe zachowanie, nigdy nie lubiłeś się bić.

- W przeciwieństwie do ciebie… – mruknął Stefano i chciał jeszcze coś dodać, ale brat nagle złapał go za ramię. Ten niecodzienny gest wytrącił go z równowagi.

- Czujesz to? – spytał Damon, rozglądając się wokoło.

Stefano czuł niestety tylko smród. W Mrocznych Wymiarach było tak wiele istot nadnaturalnych, że nie potrafił rozróżnić ich aur. Nie przy swojej nikłej mocy.

- Pogłębienie braterskich więzi?- spytał. Damon zabrał rękę z ramienia Stefano i spojrzał na niego wilkiem.

- Idiota – warknął, zdzielając go dłonią po głowie. – Coś się dzieje… Trzymaj! – Damon rzucił włócznię w ręce brata i  pobiegł w prawo, przedzierając się przez tłum. Ludzie popychali go i wykrzykiwali niezrozumiałe słowa, jednak on zwinnymi ruchami brnął ku źródle mocy. Czuł się jak pies myśliwski,  który wabiony zapachem zwierzyny rzuca się w pościg. Właściwie, to czuł się jak drapieżnik. Och, pardon. On nim był naprawdę.

- Nie zbliżaj się,  Salvatore – usłyszał znajomy głos i wiedziony nieomylnym instynktem, posłuchał. Zobaczył Emily, czarownicę, która miała dużo wspólnego z uprowadzeniem Bonnie do Akademii przed kilkoma dniami. Zastanowił się chwilę.

- Bo co? – syknął, nie chcąc wyjść do końca na grzecznego chłopca.

– Uratujemy Sage’a i Elenę. – odparła spokojnie, lecz dobitnie. –  My, czarownice, czekałyśmy na to od wieków. A potem rozległ się okropny okrzyk bólu Sage’a, przez który Damon na kilka sekund wzrósł w ziemię.

- Co robicie?! – spytał nerwowo.

- Odczyniamy urok. A kiedy to zrobimy… droga do serca ojca Sage’a będzie krótka i prosta. Zabijemy Pierwszego. Czy nie tego pragniesz? – uśmiechnęła się zagadkowo. Damon otworzył usta w zdziwieniu,  a potem również się uśmiechnął.

######

Elena obudziła się z cichym westchnieniem. Pierwszą rzeczą,  o jakiej pomyślała,  był dziwny sen z nią i Damonem w roli głównej. Ale mimo wszystko czuła się odprężona i spokojna. Po otwarciu oczu zorientowała się, że nie jest w kryjówce Alaina. Leżała na miękkim, sprężystym łóżku, otulona satynową pościelą w kolorze ciemnej czerwieni.

- Alain?  - szepnęła, unosząc się na łokciach. Równie szybko jednak upadła na poduszki. Nadal bardzo bolała ja ręka. Usłyszała cichy śmiech w kącie pokoju i od razu zwróciła tam wzrok. Z mroku spowijającego tamtą część komnaty wyłonił się Damon, ubrany w obcisłe czarne spodnie i białą koszulę rozpiętą pod szyją.

- Alain? Serio, kochanie? – spytał, przystając nad łóżkiem.

– Uratował mnie – wyjaśniła Elena.  - Jak się tutaj znalazłam? Gdzie jesteśmy?

- To rezydencja Sage’a. I to ja cię tutaj przeniosłem – odparł Damon z lekkim uśmieszkiem, wspominając krótką sprzeczkę z Alainem, jaką musiał przejść. – Uparty był ten twój chłopak,  Alan? Nie chciał cię puścić.

- Alain – poprawiła go. – Nic mu nie zrobiłeś, prawda?

- Za kogo mnie uważasz ? – prychnął.

Elenie w tym momencie przypomniał się jej sen. „Jesteś moja. A dopóki żyjesz, dopóki istniejemy na tym świecie,  będziesz dzieliła ze mną moje przekleństwo.” – powiedział Damon. 

- To bez znaczenia – uniknęła odpowiedzi. Wolała nie ujawniać mu snu, nie teraz. – Co  z moją ręką?

- Twój organizm nie przyjmuje mojej krwi. Ale goi się w zaskakującym tempie – powiedział,  a w jego głosie słychać było nutkę uznania. – Wracając do Sage’a… miałaś rację z tym opętaniem. Czarownice go uleczyły.

- Czarownice?  - spytała,  rozszerzając oczy. – Przepraszam,  ale co im do tego?

- Chcą,  żeby Sage zabił swojego ojca – odparł głosem wypranym z emocji, wbijając wzrok w Elenę. – Ponoć czekały na to of wieków, czy coś w ten deseń.

- W porządku. Czyli… – zaczęła nieśmiało Elena,  patrząc w oczy Damonowi. Jakaś iskra przetoczyła się między tymi dwojga i dziewczyna zamarła z otwartymi ustami, zapominając, co ma powiedzieć.

- Jesteś bezpieczna – dokończył czas nią.

Zastanawiała się,  jak to możliwe, że potrafi być on skupiony na kilku sprawach jednocześnie. Umysł drapieżnika? Najprawdopodobniej.

- Cieszę się, że cię widzę – wyznała w końcu z uśmiechem.

Damon nie odezwał się, tylko powoli przesunął i pochylił się nad Eleną, patrząc jej w oczy. Atmosfera momentalnie zgęstniała od napięcia, a jedynymi dźwiękami słyszanymi dla tych obojga było bicie ich serc i przyspieszone oddechy.

Damon ucałował policzek Eleny i dosłownie przyssał się ustami do jej mlecznobiałej szyi. Zaczął delikatnie pieścić jej skórę językiem, na co oddech dziewczyny jeszcze bardziej przyspieszył.

- Damon… – jękneła cicho, zdrową ręką chwytając go za czarne włosy.

Wampir złączył ich usta w długim pocałunku, dłońmi zjeżdżając na brzuch i pośladki Eleny. Przygryzł dość mocno jej wargę z głośnym sykiem,  kiedy usiadł okrakiem na jej biodrach.

- Och, kochanie, gdybyś tylko była w pełni zdrowa… – zaśmiał się z ustami przy jej uchu, swoją dłonią wędrując pod podkoszulek dziewczyny.

- Jutro rano będę – szepnęła, zdając sobie sprawę, iż w nocy proces gojenia się przyspieszy.

- Dziś w nocy idę walczyć – oznajmił jej. – Będziesz czekała, aż twój dzielny rycerz wróci z misji ratowania twojego cudownego tyłka? – zaśmiał się, kreśląc kółka na jej brzuchu. Elena zarumieniła się lekko.

- Będę – odparła, przeczesując palcami jego włosy i chwytając go potem za podbródek.

Uśmiechnął się do niej zadziornie.

- Jesteś najsilniejszą kobietą, jaką znam – powiedział, ni stąd,  ni z owąd. – Stefano spada na drugie miejsce.

- Dlaczego? – zdziwiła się, głaszcząc Damona po policzku.

- Wiem, co ci się śniło, skarbie – powiedział szeptem, całując ją w rękę. – Dziękuję, że jesteś.

######

Ok.

Nie jest to rozdział dopracowany, ale chciałam cokolwiek dodać przed egzaminami xc

Zbliżam się powoli do końca historii. Nie wiem ile będzie rozdziałów. A drugiej części nie planuję.

Dzięki za wszystkie komentarze! Kocham was :*

Zapraszam także na: http://oddech-delena-ff.blogspot.com gdzie rozdział pojawi się już niedługo. Z  Oddechem mam wielkie plany, których nie zrealizuję bez was :)

Powodzenia w egzaminach i w pisaniu! :3

#21 Tam, gdzie powiem: dobranoc, skarbie.

Dla ILoveDamon,  w podziękowaniu za wsparcie :*

” Bo bez Ciebie nie mogę zasnąć.  Nie mam zamiaru Cię opuścić, nigdy.  Jesteś wszystkim co mam, wszystkim czego pragnę, tak.  Bez Ciebie nie wiem co bym zrobiła.  Nie potrafiłabym żyć tu bez Ciebie nawet dnia. Ze mną, czy rozumiesz?  Jesteś wszystkim, czego potrzebuję.”

Avril Lavigne – I will be

Otworzył okno i natychmiast chłodne powietrze owiało jego twarz. Zaciągnął się zapachem, który pozostawiła po sobie burza. Ale to nie przewietrzyło jego głowy.

Spojrzał przez ramię na śpiącą dziewczynę. Była niesamowicie bezbronna, kiedy tak leżała przykryta białą kołdrą z uchylonymi, różanymi ustami. Znów ogarnęła go wściekłość. Bezwiednie dotknął spuchniętej wargi. Sage.

Przeczesał i tak już rozwichrzone włosy palcami i oparł czoło o zimną szybę.

Kim byłby Damon Salvatore, gdyby nie znalazł jakiegoś wyjścia z tej sytuacji? Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem.

Bracie. Sondujaca myśl z sekundy na sekundę była bliżej celu. Czuł to każdą częścią ciała. Bracie?

Będę w Fell’s Church za godzinę – usłyszał odpowiedź. Nie martw się.

Ja się nie martwię – odparł zgryźliwie. Po prostu chcę, żeby się udało.

Tak. Jeśli ta zadziorna łowczyni Meredith pożyczy swojej włóczni, wszystko będzie na dobrej drodze. Damon zabije Sage’a, a Elena będzie bezpieczna. Z nim. Bez żadnych legend związanych z Pierwotnymi. Po prostu o tym zapomną i wyjadą… gdzieś. Gdziekolwiek.

Żeby tylko Meredith zechciała podzielić się swoją bronią.

Odwrócił się tyłem do okna i zagapił się w twarz śpiącej Eleny. Była jego. Tylko jego. Cały rok czekał, aż w końcu będzie mógł stwierdzić, że to prawda. Cień rzucany przez jego ciało częściowo zasłaniał jej policzek i brodę. Czarne rzęsy tworzyły pod jej zamkniętymi oczami gęstą zasłonę strzegącą dostępu do cudownie niebieskich tęczówek skrywających… No właśnie – co? O czym śniła? Co myślała, zanim odpłynęła w jego objęciach?

Na pewno nie czuła tego, co on. Goryczy, frustracji i wściekłości. W tamtym momencie była tak zszokowana, że na pewno nie czuła pożądania, które w nim rosło z sekundy na sekundę. Była taka krucha, że bał się jej skrzywdzić. Jak jakaś porcelanowa laleczka, a nie wojowniczka. Nie jak Królowa Mroku. Jej kolorem była biel symbolizująca niewinność.

A Sage musi być pieprzonym sukinsynem, jeśli ma to gdzieś.

Damon nie takim go zapamiętał. Sage swojego czasu potrafił być dobrym kumplem, towarzyszem zabaw i polowań. Często rozmawiali na poważne, ale i błahe tematy, może nawet i się śmiali. A potem pomagał on wyciągnąć Stefano z Schi-no-schi. Zaufali mu, Elena mu zaufała, chociaż nie wiedziała o nim nic. A teraz ta sprawa… Nie wiedział, co ma już o nim myśleć. Udawał przez te wszystkie lata? Czy też zaślepiła go furia i chęć mordu na ojcu, który po prostu jest wrednym królem w jakiejś pieprzonej dzielnicy Mrocznych Wymiarów? Damon nawet nigdy o tym władcy nie słyszał. Takich jak on było mnóstwo. On sam kiedyś taki był.

Elena poruszyła się i szczelniej okryła kołdrą. Damon uśmiechnął się pod nosem, ale trwało to zaledwie sekundę. Nie potrafił się cieszyć, kiedy jej groziło coś strasznego. No i miał jeszcze coś do załatwienia.

Jak na nocne stworzenie przystało, cicho opuścił pokój. Na korytarzu przystanął i głęboko wciągnął powietrze. Ani śladu Sage’a ani innych pluskiew. Cudownie.

Ostrożnie uchylił drzwi do sypialni Bonnie. To Stefano, według nieustalonych zasad, miał jej pomagać w przechodzeniu początków wampiryzmu. Ale braciszek był teraz na misji: ‚zdobądź śmiercionośną włócznię, żeby zabić psychopatę’, więc ta rola przeszła na Damona.

Już miał zacząć się niepokoić, kiedy wśród cieni na niewielkim łóżku nie dostrzegł drobnego ciała wampirzycy, ale na szczęście w porę zauważył ją przy oknie.

- Co robisz? – spytał szeptem, zamykając drzwi. Drgnęła, zaskoczona. Damon się zdziwił. – Nie słyszałaś mnie?

- D…Damon… Nie, ja… – zająknęła się, nerwowo skubiąc rąbek koszuli nocnej. – Nie mogę spać.

- To chyba normalne – prychnął, zatrzymując się przed nią. Była taka niska!-  Stefano nie raczył cię o tym powiadomić? Po prostu się połóż. Nie zaśniesz na stojąco. Tylko ja to umiem – uśmiechnął się nieznacznie.

- Jesteś zły? – spytała prosto z mostu i zauważył, że nie jest ze swojego posunięcia zadowolona. – Ja już się kładę… – dodała cicho i chciała go wyminąć, żeby dostać się do łóżka, ale zatrzymał ją wyciągnięciem ręki.

- Nie chodzi o ciebie, kruszyno – powiedział, starając się jakoś wynagrodzić wcześniejszą ironię. Cholera, Bonnie to nie Elena! Ta mała wszystko tak bierze do serca… – Ty też byłabyś troszkę zła na moim miejscu, no nie?

- Nawet więcej niż troszkę – przyznała. – I co teraz? Co zrobisz? Co Elena zrobi?

Otworzył usta, ale szybko je zamknął. Spojrzał na księżyc za oknem. Przypomniał sobie własną śmierć- powolną, bolesną. Ale przynajmniej nie był sam. Elena go nie zostawiła, nie uciekła. Wytrwała przy nim do końca, choć nic ich nie wiązało. Pomogła mu.

- Czy mógłbym ją tak zostawić? – odpowiedział pytaniem na pytanie, gapiąc się na srebrny kształt na ukochanym, włoskim niebie. Po jego bladej twarzy tańczyły czarne cienie, wtapiające się we włosy i materiał koszuli. – Jest dla mnie całym światem.

- Ale to nie będzie miało sensu, kiedy Sage cię zabije, jeśli będziesz stał w jej obronie – powiedziała Bonnie.

- Zaryzykuję więc. Albo on, albo ja – odparł chodnym od powstrzymywanego gniewu głosem. – Zobaczymy, kto pierwszy ulegnie.

- Nie możesz – pisnęła.

- Bo co? – syknął, odwracając twarz w jej stronę. – Nie pozwolę jej zabrać i tak wykorzystać. Pieprzę Sage’a i jego ojca. Mam w czterech literach legendy o Naznaczonych!

Bonnie zamarła z przerażenia.

- A Elena jest wszystkim, co mam. Pomogła mi wydostać się z tej piekielnej czeluści. Zobaczyła we mnie człowieka. Wolę zginąć ponownie, niż ją stracić - dodał drżącym głosem. Ale z powodu ciemności Bonnie nie mogła odgadnąć, czy ta niepewność spowodowana jest wściekłością, czy żalem.

- Nie jesteś sam. Masz Stefano – odparła cicho. A potem drobną dłonią dotknęła jego ramienia. – Masz mnie.

- To jej nie zastąpi – syknął, strącając jej rękę. A potem niemal od razu pożałował, że zareagował tak gwałtownie. Dolna warga wampirzycy zadrżała a po chwili w oczach Bonnie pojawiły się łzy.

Dlaczego kobiety musiały być tak cholernie skomplikowane?!

- Hej – zagadnął już spokojniej. – Ja nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało.  Jesteśmy… przyjaciółmi,  prawda?

Chciał pogłaskać ją po ramieniu, ale wyslizgnęła się i opadła na łóżko,  cicho łkając. Damon przeczesał dłonią kruczoczarne włosy i ze zrezygnowaniem popatrzył na dziewczynę. Naprawdę,  nie chciał jej ranić. Ale musiałby być kompletnym idiotą,  jeśli nie domyśliłby się,  że ze strony Bonnie nie była to tylko przyjaźń.  Zależało mu na niej. Mimo to musiała wiedzieć,  że nie powinna się łudzić. Nie mógł być z Bonnie, jakkolwiek słodko i przymilnie by się nie zachowywała.

Na całe szczęście ona okazała się być mądrzejszą niż zazwyczaj.

- Jesteśmy przyjaciółmi – powiedziała,  unosząc lekko głowę.  Nawet się do niego nie odwróciła.  - Ja po prostu chciałam ci uświadomić,  że możesz na mnie liczyć.

- W porządku – odparł niemal natychmiast. Jeśli nadejdzie kiedyś dzień,  że będzie musiał powierzyć swoje życie Bonnie,  najprawdopodobniej wolałby się od razu poddać.  Ale to było w tej chwili bez znaczenia.

- W porządku – powtórzyła. A Damon wyszedł,  cicho zamykając drzwi. To było dziwne, ale odetchnął z ulgą, kiedy znalazł znalazł się na korytarzu. Przy kobietach, na których mu zależało, nie czuł się swobodnie. Czuł się jakby stąpał po niesamowicie kruchym lodzie. Nieraz dziwił się samemu sobie, że jeszcze nie uciekł na drugi koniec świata. Elena jednak okazywała się trzymać go na mocnej, czerwonej linie.

No właśnie – Elena.  Nie spała,  kiedy wrócił do pokoju.

Nie musiała pytać, gdzie był, choć i tak nie znała prawdy. Może myślała, że był na polowaniu.

- Nie śpisz – to było stwierdzenie.

- Nie.  - odparła. – Nie mogę. Czuję się dziwnie. Jestem… zdenerwowana -wyznała i usiadła na łóżku.  Kiedy tak siedziała… Och. Grzeszne myśli same zaczęły się cisnąć do głowy.

- Wstań – powiedział i wyciągnął do niej rękę.  Spojrzała na niego z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy, lecz usłuchała. Wyskoczyła spod białej kołdry i stanęła przed nim. – A teraz chodź.

- Gdzie? – spytała lekko rozbawiona.  - Myślałam… że my…

- Nie myśl – zaśmiał się,  ciągnąc ją w stronę okna – tylko skacz. Pozwól sobie pokazać ile piękna kryje się w nocy.

Może to ten błysk w jego czarnych oczach. Może perspektywa skoku z ósmego piętra.  Albo adrenalina – nieważne.  Ale zgodziła się bez wahania. Chwyciła go za rękę i postawiła bose stopy na zimnym parapecie. Przyjemne powietrze otuliło jej skórę, aż zadrżała. A potem, trzymając za rękę swojego księcia… skoczyła.

*************

- Jezu Chryste!

Tak właśnie Stefano został przywitany przez swoją nieustraszoną znajomą Meredith, kiedy to o dwudziestej drugiej czasu wschodnioamerykańskiego zapukał do jej okna.

Nie chciał narzekać, ale takie siedzenie na parapecie na wysokości ponad dwudziestu metrów, kiedy na dole rosły kłujące krzewy głogu, nie było zbyt komfortowe, nawet dla wampira.

- Najwyraźniej w waszym pojęciu ‚wyjeżdżać na zawsze’ znaczy: ‚wrócę jutro albo pojutrze, nie przejmuj się’ – rzuciła ironicznie, otwierając okno.

- Mogę wejść? – spytał, poprawiając swoją niewygodną pozycję.

- Wybacz, ale nie mogę cię wpuścić – odparła zmieszana. Stefano kiwnął głową ze zrozumieniem. No tak. on nigdy w życiu nie zaprosiłby dobrowolnie do swojego domu potwora. – Więc, co cię sprowadza tak szybko? Mieliście być we Włoszech.

- Byliśmy – przytaknął. – Ale sprawy przybrały groźny obrót.

- O – zdziwiła się. – Jakie sprawy?

- Wiemy, o co chodzi z Naznaczeniem – oznajmił, nerwowo poprawiając włosy, co na ułamek sekundy wytrąciło go z równowagi. – Przepraszam Meredith, ale to zbyt poważna sprawa, abym opowiedział ci o niej, siedząc na twoim parapecie.

- W takim razie za minutę będę na dole – powiedziała i z uśmiechem zamknęła okno.

Stefano westchnął i spojrzał w dół na krzewy głogu. Był prawie pewien, że Sulezowie posadzili je tam specjalnie. Zwinnie obrócił się na małej przestrzeni i skoczył.

*************

Moja mama mówiła mi, żeby trzymała się z daleka od facetów takich jak Ty. Powiedziała, że są paskudni i zmuszą mnie do robienie rzeczy których nie chcę robić Trzymaj się z daleka od złych chłopców, oni mają jedno w głowie

Save Ferris – I know

Niezbyt dobrze wiedziała, jak to się stało. w jednej chwili leciała, a potem Damon chwycił ją za ramiona i podrzucił lekko w górę. dzięki temu zyskał trochę więcej czasu aby bezpiecznie wylądować i sekundę potem ją złapać.

Pragnęła, żeby trzymał ją w swoich ramionach wieczność. To nie byłoby takie trudne.

- Cudownie – wyszeptała z uśmiechem na ustach.

- Wiem – odparł, zadowolony. A potem ku niezadowoleniu Eleny, postawił ją na ziemi.

- Nie mam butów! – zawołała, kiedy jej stopy dotknęły zimnego i mokrego bruku. Zachichotała mimowolnie.

- Kocham twój śmiech – wyznał, ponownie ja podnosząc. tym razem jednak oplotła swoimi nogami jego talię  i zawiesiła ręce na szyi Damona.- Jesteś wtedy taka urocza.

- Och, przestań, bo się zarumienię – mruknęła, nadal się uśmiechając. Potem spontanicznie cmoknęła go w policzek.

- Takie małe słoneczko w środku mojego stwardniałego serca – mówił dalej, a potem zacytował słowa piosenki, którą niejednokrotnie słyszał w barach w różnych częściach świata: – ‚I to Ty, to Ty. Wewnątrz mego serca z kamienia.’

Przez ciało Eleny przebiegł przyjemny dreszcz i mimo chłodnego powietrza naprawdę poczuła, że jej policzki płoną.

- To… gdzie mnie zabierasz? – spytała,  przekrzywiając głowę.

- Uciekłbym z tobą daleko. Gdzie nikt by nas nie znalazł – powiedział.  - Ale zgaduję,  że zależy ci na niektórych bezbronnych ludziach w tej twojej przeklętej mieścinie.

- Owszem. Dlatego obiecaj,  że nie będziesz kombinował.

Uśmiechnął się zadziornie i zanim zdążyła zdążyła się zorientować,  Damon wziął ją na barana. Jedną rękę położyła na jego głowie, a drugą szukała punktu zaczepienia w okolicy ramienia wampira. Poczochrała jego włosy, gdy tylko odzyskała równowagę.

- Hej! – zawołała i zaśmiała się. – Obiecaj!

- Za późno – oznajmił. – Ale nie mówmy o tym. Chcę ci coś pokazać.

Florencja właśnie budziła się do życia, pomimo czwartej nad ranem. Ulicą raz na jakiś czas przejeżdżały samochody, burząc na kilka sekund cudowną ciszę. Kilka osób minęło Damona i Elenę, śpiesząc się na wczesny pociąg lub wracając z nocnej zmiany w pracy. Pewien pan obdarzył ich szerokim uśmiechem. To sprawiło, że Elena poczuła się jak zwykła dziewczyna, beztroska i szczęśliwa. Czarna mgła tak jakby na chwilę ustąpiła, kłaniając się wspaniałej, włoskiej rzeczywistości.

Elena nie mogła powstrzymać się od wyrażenia własnego zachwytu, kiedy zrozumiała,  gdzie niesie ją Damon. Najpierw usłyszała ryk promu. Potem uderzyła wilgoć – wszystko wskazywało na to, że zbliżają się do rzeki.  Ale nie byle jakiej.

To była Arno.  Prawdziwa, cudowna rzeka Arno. Z przepięknym, zwłaszcza o wschodzie słońca, mostem, po którym mknęły samochody. Ktoś,  kto stwierdził, że najpiękniejszym i najbardziej romantycznym miejscem w Europie jest Paryż,  musiał chyba nie wiedzieć,  co to piękno i miłość.  Elenie zaparło dech w piersiach. Kiedy się opamietała,  z wdzięcznością ucałowała Damona w czubek głowy.

- Dziękuję – szepnęła. – To niesamowity widok.

- Widywałem piękniejsze rzeczy – stwierdził, jak gdyby nigdy nic.

- Ty jesteś staruszkiem – prychnęła. – Jest jeszcze cokolwiek na tym świecie, co by cię mogło zachwycić?

- Może – zaśmiał się i jednym z palcy prawej ręki delikatnie przejechał wzdłuż jej łydki.

- Uważaj!  - zawołała, gdyż wykonując ten gest,  musiał rozluźnić uścisk i tym samym Elena nie czuła się już tak pewnie.  

Jakiś przechodzeń zaśmiał się głośno,  słysząc panikę w jej głosie. Elena dałaby głowę, że Damon również się uśmiechał.  Tylko ona wychodziła na przewrażliwioną idiotkę. Rzeka była coraz bliżej,  a słońce już wyłaniało się znad horyzontu. 

- Aniele?  - zagadnął wampir,  kiedy już wchodzili na ścieżkę zaraz przy brzegu rzeki. Było to coś w rodzaju deptaka,  który o tak wczesnej porze był jeszcze pusty.

- Tak?

- Mogłabyś się odwrócić i powiedzieć mi,  co za zwierzę tak ochoczo towarzyszy nam prawie od hotelu?

Że co?! Skonsternowana,  odwróciła się na tyle, na ile pozwalała jej pozycja. Rzeczywiście, kątem oka dostrzegła psa. Dość dużego psa. W zasadzie mógłby być on wilkiem.

Dreptał po chodniku jakieś czterdzieści metrów za nimi. W krokach zwierzęcia było coś swobodnego i dumnego.  Nie pasował on do centrum włoskiego miasta. Nie powinien raczej czaić się gdzieś w lesie na ranną sarnę czy coś?

- To wilk – oznajmiła, odwracając się.   – Dlaczego za nami idzie?

- Może ma ochotę zjeść śliczną dziewczynę?  - podsunął Damon. To tyle z wyjaśnień. Mogła się tego spodziewać.

To był naprawdę uroczy poranek,  jakiego jeszcze w swoim życiu nie spędziła.  Odkąd poznała Stefano, bez przerwy musiała martwić się o swoje życie. Ten dzień był inny. Problemy zeszły na drugi plan. Liczyły się tylko Włochy,  leniwa rzeka, ona i Damon.  No i w pewien sposób dziwny wilk, który trzymał się na bezpieczną odległość,  ale cały czas ich śledził. A kiedy Damon ją całował albo brał na ręce,  powarkiwał głucho.

Nawet się nie zorientowała,  kiedy zegar wybił jedenastą,  a potem południe.

Kiedy jednak nadszedł ten czas, Damon nagle spiął się w sobie i przestał  się odzywać.

- Damon – powiedziała Elena, przypominając sobie poranną rozmowę po wyjściu z hotelu. – Musisz mi powiedzieć,  co masz zamiar zrobić. Proszę.

- Kiedy to się stanie – powiedział cichym, zdenerwowanym głosem – uciekaj. Potem weź samochód Stefano i wyjedź.  A ja, albo mój brat, znajdziemy cię.

Ja albo mój brat. Acha.  Czyli miał zamiar zginąć. Super.

- A ty? Przecież…

- Bez dyskusji, Elena – co się stało z tym delikatnym gościem,  który przed chwilą śmiał się z jej głupich przygód z podstawówki?  - Odjedziesz.  Rozkazuję ci.

Elena otworzyła usta ze zdziwienia. A potem uderzyła go w ramię z całą siłą,  na jaką się zdobyła. Nie ruszyło go to.

- Przestań.  Wiem, że jesteś zła,  ale jeśli tego nie zrobisz, wszyscy zginiemy. Wszyscy – zaznaczył. – Rozumiesz?

- A jeśli to zrobię,  zginiesz ty – mruknęła.

- Nie. Nie zginę. Zaufaj mi. Zaufaj Stefano. Mogę ci nawet obiecać. Obiecuję- powiedział,  chwytając ją za ręce. Utonęła wprost w jego czarnych oczach i jak w amoku kiwnęła głową. Posłał jej zniewalający uśmiech,  od którego zabrakło jej tchu.

A wtedy pojawił się Sage.

Coś w  głowie Eleny zaskoczyło na widok tego postawnego wampira. Poczuła coś w rodzaju strachu i obrzydzenia. Zbierało jej się na wymioty.

- Już południe – przypomniał, jakby miał do czynienia z upośledzonymi. W dalszym ciągu stał nad nimi a słońce tworzyło wokół jego głowy jakby aureolę.  Cóż za ironia. Elenie naprawdę ciężko było spojrzeć mu mu w  oczy ze względu na jarzące światło.

- No i? – spytał Damon, jak gdyby nigdy nic. Może tylko jego głos stwardniał,  a mięśnie napięty się pod czarną koszulą.

- Nie pogrywaj ze mną,  Salvatore – zagroził Sage i bez ostrzeżenia pociągnął Damona Damona z a kołnierz,  podnosząc w górę. Elena również wstała, kierując się jakimś dziwnym odruchem. – Chyba, że chcesz, żebym znów spuścił ci manto. Tym razem nie będę miał litości.

- I co?  Zabijesz mnie tutaj? Przy ludziach? – prychnął Damon, patrząc prosto w oczy Sage’owi.  Jeśli o wygranej świadczyłyby wzrost czy masa ciała,  Sage odniósłby miażdżące zwycięstwo. Ale jeśli chodziłoby o kumulacji wściekłości i determinacji w każdym centymetrze sześciennym organizmu,  Damon wygrywał bezkonkurencyjne.  Szkoda tylko, że w bójkach najczęściej liczy się siła fizyczna.

- Tak -odparł prawie natychmiast Sage.

- Zostaw go – powiedziała Elena.  Nagle poczuła się niekomfortowo,  bo Sage spojrzał prosto w jej oczy. Przełknęła głośno ślinę.

Teraz słońce już jej nie przeszkadzało i bez problemu mogła spojrzeć na twarz Sage’a. Zanim się zorientowała,  z jej ust wydarł się jęk. Och.

Wiedziała,  że od początku coś nie grało. Przecież oczy Sage’a były brązowe.  Brązowe. Na pewno. Z pewnością nie miały koloru krwi.

- Elena? – Damon zaniepokoił się i próbował odwrócić się w jej stronę.  - Puść mnie, popierdoleńcu! – ale Sage, nie odwracając wzroku od dziewczyny,  chwycił go za szyję.

- Sage. Posłuchaj. Nie jesteś sobą – zaczęła Elena. Trzęsły jej się ręce,  co wcale nie pomagało.  - Twój ojciec.  On cię opętał! Jesteś na jego rozkazach!

Sage zaśmiał się głucho.  Jakiś mężczyzna zdecydowanym krokiem szedł w ich stronę. Czy powinna była krzyczeć i wołać o pomoc? Damon by tego nie chciał. No i przecież byłby to wyrok śmierci na ewentualnego bohatera z ulicy.

Gdyby Elena miała skrzydła,  zniszczyłaby Sage’a jednym słowem.  Tylko, że był on opętany i całkowicie nad sobą nie panował.

- Nienawidzę. Swojego.  Ojca. – wysyczał.

- Damon – jękneła widząc,  że wampir robi się już siny na twarzy. – On jest opętany!

Wkoło zebrał się niezły tłumek gapiów. Ale nikt nie palił się do pomocy. Ktoś chyba dzwonił na policję.  Idiotyzm. Ludzie potrafią być chamscy. Przychodzili i odchodzili,  jakby oglądali nudne przedstawienie uliczne. Może myśleli,  że oglądają.  Albo chcieli tak myśleć.

- To jak, paniczu Salvatore? Targ dobity? Eleno? – Nie chciała,  żeby na nią patrzył.  Po prostu zbierało ją na wymioty.  Czuła  się źle. Rozumiała,  że powinna zacząć uciekać,  jak kazał jej Damon. Ale nie mogła.  Zwyczajnie nie mogła ruszyć się z miejsca, jakby została przybita to bruku żelaznymi gwoździami.

A wtedy sprawy przybrały nieoczekiwany obrót.  Sage wypuścił Damona i zawarczał gardłowo.  Wampir upadł na ziemię i potoczył się aż pod nogi Eleny.  Wśród ludzi zapanowało ożywienie.

Wilk, który śledził ich dwójkę od rana, wbił  się kłami w kark Sage’a.

W tym samym momencie,  jakby z nikąd,  pojawił  się Stefano z podłużny czarnym futerałem z bronią pożyczoną od Meredith.

- Nie ! – zdążył krzyknąć Damon na widok brata. Po czym złapał Elenę i pobiegł przed siebie.

- Nie ma wyjścia! – Zaoponował Stefano,  ale pobiegł za nimi.

Chciała krzyczeć,  ale przygryzła wargę aż do krwi. Drżącymi dłońmi ścisnęła ramię Damona, ale jego kurtka była za śliska,  a jej ręce zbyt wilgotne od potu. Widziała,  że Sage odrzuca biednego wilka i rusza za nimi. Widziała jego oczy: biły krwawą łuku,  niemalże hipnotyzując.  Jak wąż chcący złapać uciekające myszki.

- Uciekaj – szepnął Damon do jej ucha. Myślała,  że się przesyszała.  Ale nie. Postawił ją na ziemi i zawrócił,  Stefano zrobił to co on. A Elena pobiegła dalej, w kierunku hotelu, gdzie została Bonnie.

Drobne kamyczki wbijały się w jej bose stopy, kiedy pędził na złamanie karku, przepychając się między ludźmi.  Nie słyszała nic poza biciem własnego serca i oddechem. Ale czuła,  że Sage jest tuż za nią. Emanująca od niego moc rozeszła się po jej kościach.

I nagle znalazła się w ślepej uliczce.

Naprawdę była wściekła.  Nie mogła przecież się pomylić!  Biegła cały czas przed siebie!

- Eleno… – głos Sage’a był niski i odbijał się w wąskich ściankach uliczki.  W ustach dziewczyny pojawił się dziwny smak. Poczucie niebezpieczeństwa.

- Porozmawiajmy – powiedziała.

- Nie.  - Ton jego głosu zmienił się na nieprzyjemny i szorstki. Za Sagem pojawił pojawił się Damon,  na którego twarzy malowała się dziwna pustka.

Poczuła po swojej prawej stronie podmuch zimnego powietrza. Zerknęła w tamtą stronę.  Tak jak myślała,  Sage otworzył już przejście do wymiarów.  Naprawdę,  wolała nie myśleć,  jaką posiada moc. Przełknęła głośno ślinę.

- Chodź do mnie,  koteczku – Sage uśmiechnął się jak szaleniec.

Czasami są w życiu chwile, kiedy dokładnie wiesz,  co masz zrobić.  Twój umysł oświeca nagła myśl i działasz natychmiastowo. Czasami nie warto dbać o konsekwencje. Po prostu żyjesz dalej.

Skoczyła w bezdenną czeluść szybciej,  niż Sage ją złapał. A potem wylądowała na brudnym bruku. Poczuła,  że coś chrupnęło w jej prawym łokciu. W powietrzu unosił się niebywały smród starych jajek i wymiocin. Podniosła głowę i zobaczyła masę ludzi. Wszystko skąpane było w przerażającym czerwonym blasku.

Wróciła do piekła.

****

Siemka xD

Jestem tak szczęśliwa po obejrzeniu nowego zwiastuna,  że musiałam skończyć ten rozdział :)

DELENA!!! ♥

CZYTANIE=KOMENTOWANIE.

Dla ciebie to minuta, a dla mnie niesamowita radość.

Chciałabym zaprosić także na mój nowy blog:

http://oddech-delena-ff.blogspot.com/

#20 Syn rebelii

Cała Florencja skąpana była w popołudniowym słońcu. Niewiele osób odważyło się przy takiej pogodzie wyjść na dwór – upał utrzymywał się od trzech dni i najwyraźniej nie zapowiadało się na ochłodzenie. Do czasu.

Około godziny piętnastej nad miastem zaczęły gromadzić się ciemne, burzowe chmury przypędzone przez chłodny wiatr, który zerwał się tak nagle, że zaskoczeni przechodnie nie zdążyli nawet przytrzymać rękami swoich kapeluszy i czapek. Słońce uznało wyższość chmur i po chwili zostało przez nie całkowicie zasłonięte.

Pod przydrożny hotel, o jakże kreatywnej nazwie ,,Sul Fiume”, podjechało czarne ferrari. Mężczyzna pracujący w recepcji z zainteresowaniem spojrzał przez duże, oszklone drzwi, przez które widać było samochód. Oczywiście, widział już w swoim życiu ferrari, sam jeździł takim przez dwa lata. Ale to było niezwykłe. Wyglądało tak, jakby dopiero wyjechało z salonu. Lśniący lakier, ani jednego wgniecenia, idealnie czyste… Nie wiedząc, dlaczego, zaniepokoił się lekko, zwłaszcza, że do samochodu na parkingu dołączyło po chwili równie czarne porsche. Do tego zbliżała się burza.

Zauważył, że z pojazdów wysiadło w sumie pięć osób – trzy kobiety i dwóch mężczyzn. Nie mieli dużo bagaży, raptem po jednej, małej walizce, i należały one tylko do dziewczyn. Przejezdni, pomyślał. Nie zostaną na długo.

- … nie ukrywam, że taka aura jest dla mnie korzystniejsza. Dla ciebie zresztą też. Więc w czym problem? – usłyszał słowa czarnowłosego mężczyzny, który mówił po angielsku. Recepcjonista bez trudu go rozumiał – znajomość tego języka była jego podstawowym kryterium do objęcia tego stanowiska, jakie obecnie zajmował.

- Ale skoro to nie ty… – wtrąciła się piękna blondynka, na której mężczyzna dłużej zatrzymał wzrok. Nie miał pojęcia, na jaki temat rozmawiają, ale nie powstrzymywało go to przed słuchaniem. Zawsze byłem wścibski, pomyślał z nikłym uśmiechem na twarzy, który szybko zniknął. Ukradkiem nadal przyglądał się grupce przybyłych, którzy zatrzymali się pośrodku drogi między korytarzem a recepcją.

- To może zwykła burza? – wypalił znów czarnowłosy, uśmiechając się przy tym dziwnie, jakby uważał to za coś oczywistego. Cóż, powinno być to oczywiste, pomyślał mężczyzna.

Drugi chłopak pokręcił głową i spojrzał przez drzwi. Na szarą kostkę przed hotelem zaczęły spadać pierwsze, duże krople deszczu.

- Damon – powiedziała blondynka, patrząc na czarnowłosego z wyrzutem. Po dłuższej chwili tamten odwrócił wzrok i spojrzał za szybę, jakby na coś czekając. Stali tak przez dłuższą chwilę, cała piątka. Recepcjonista nie śmiał im przerywać. Czuł, że po prostu nie może. A najgorsze jest to, że nie wiedział, dlaczego.

- Nie – odezwała się po raz pierwszy czarnowłosa dziewczyna.

- Nie – dodał brunet, potwierdzając na głos swoje wcześniejsze myśli.

- Nie, co mnie z lekka wytrąca z równowagi – mruknął Damon. A potem wszyscy podeszli do recepcji, co, jak już myślał mężczyzna, nigdy nie nastąpi.

- Buongiorno – przywitał się czarnowłosy, Damon, jak już zdążył się dowiedzieć.- Chcielibyśmy wynająć cztery pokoje.

Mówił płynnie, z włoskim akcentem, co lekko zadziwiło pracownika hotelu. Recepcjonista był pewien, że chłopak ten był Amerykaninem, gdyż przed chwilą rozmawiał ze swoimi przyjaciółmi tak swobodnie, jak gdyby angielski był jego pierwszym językiem. Nieważne, pomyślał. Szansa na popisanie się długo zdobywaną wiedzą zniknęła jak ręką odjął. Po szeregu formalności znów obserwował całą grupkę oddalającą się w kierunku windy.

Jakby jego zdumieniom nie było końca, stwierdził nagle, że nie potrafi powiedzieć, która z dziewczyn wśród tego towarzystwa była najładniejsza. Ta blondynka na przykład: pod względem fizycznym była niemal idealna. Długie nogi, piękne, niebieskie oczy. Przypominała boginię, która litując się nad swoim grzesznym ludem zechciała łaskawie zstąpić na ziemię, by zaprowadzić ład i porządek.

A ta ruda? Była niska, ale niesforne loki i duże, brązowe oczy nadawały jej wygląd leśnej wróżki, słodkiego chochlika. Mimo to z jej oczu biła mądrość, której na pierwszy rzut oka by jej na pewno nie przypisał. Jednak po minucie powagi znów zaczęła chichotać. Urocza dziewczyna.

No i czarnowłosa, zupełne przeciwieństwo rudej. Uderzyła go wdziękiem i … wytwornością? Nie wiedział, jak to określić. Wkładała w każdy ruch tyle niewymuszonej gracji, jakby była królową.

Westchnął, a potem otrząsł się, jakby chcąc wybudzić się ze snu. Poniekąd mu się to udało – czar jakby prysł, wszystko było już normalne.

Ciekawi ludzie, pomyślał, i zabrał się do pracy, którą przerwało pojawienie się ferrari na parkingu. Rozległ się grzmot.

****************

,,Obserwuję wszystkie te ciemne chmury,
Patrzę jak błękit nieba szarzeje
I piorun uderza w ziemię.
Milion par oczu zaczyna płakać.
Obserwuję jak wszystko spada.
Patrzę jak wszystko zostaje zmyte.
Samotne ulice milczą,
lecz słyszę co maja do powiedzenia:
Teraz musimy być silni,
Chociaż ciężko jest być ciągle silnym”

Trapt – Living In The Eye Of The Storm

Chociaż Stefano, Bonnie i Anna mieli osobne sypialnie, wszyscy, nie czekając na zachętę czy pozwolenie, po pozostawieniu walizek (a Stefano i bez tego), weszli do pokoju zajmowanego przez Damona i Elenę. Nie wiedzieli, dlaczego akurat tam. Może po prostu podświadomie stwierdzili, że Damon inaczej nie pofatyguje się do nich i nie poruszy sprawy, która wszystkich zastanawiała od chwili przyjazdu? Poniekąd mieli rację.

- Niepokoi mnie to – Stefano od razu przeszedł do sedna, podchodząc do dużego okna, z którego roztaczał się widok na puste ulice Florencji. Deszcz rozpadał się na dobre, a po chwili niebo przecięła błyskawica. Niemal od razu rozległ się grzmot.

Bonnie, która przysiadła na łóżku obok Eleny, zadrżała mimowolnie.

- Po prostu jakiś inny wampir zawitał do miasta – stwierdziła Anna, patrząc z pogardą na Bonnie, jednocześnie bawiąc się włosami. Damon zmroził ją wzrokiem.

- Nie wiem, ile dowiedziałaś się od Klausa, jeśli w ogóle to, co przedstawiłaś jako swoją historię, jest prawdą. Nie każdy wampir może bawić się pogodą – warknął, podchodząc do okna i przystając obok brata.

- Ten, który wywołał tą nagłą burzę jest silny – dodał Stefano łagodnym tonem. Jego głos wyraźnie kontrastował z tym Damona, zarówno jak i aurą na zewnątrz. Wydawał się być spokojny.

Jakby na potwierdzenie tych słów znów zagrzmiało. Huk częściowo zagłuszył słowa Damona.

-… jak ja.

Tyle zdołała wychwycić Elena. Cokolwiek powiedział na początku zdania było nieważne. Odetchnęła mając świadomość, że kimkolwiek jest ten wampir, jeśli zechce z nimi zadrzeć, spotka na swojej drodze Damona.

- A jeśli jesteśmy na jego terytorium? – spytała Anna. Elena nie mogła się oprzeć myśli, że wampirzyce w pewien sposób bawi ta sytuacja. – Ma prawo żądać, żebyśmy się wynieśli.

- Mam go głęboko gdzieś. Wiecie, gdzie jesteśmy? – Damon nadal stał przodem do okna, natomiast Stefano odwrócił się lekko w jego stronę i spuścił głowę.

- We Florencji? – pisnęła Bonnie, trochę niepewnie, jakby bała się, że za złą odpowiedź może czekać ją kara.

To nie chodzi o to, pomyślała Elena. To coś ważniejszego. Przez jej kręgosłup przeszły dreszcze, kiedy wpatrując się w plecy Damona czekała na odpowiedź. Choć nie widziała jego twarzy, wiedziała, że się uśmiechnął. A potem powoli, jakby świat w oczach Eleny nagle zwolnił obroty, zobaczyła, że odwraca on głowę i patrzy w jakiś punkt na przeciwległej ścianie.

- To wasz dom – szepnęła Elena, zanim zdała sobie sprawę, że w ogóle chce coś powiedzieć. – Mój Boże, tu był wasz dom!

- Tak – odparł Stefano, podnosząc wzrok i patrząc prosto na nią. Jego twarz była zacieniona, bo w pokoju już dawno panował półmrok. Ale i tak zdołała dostrzec w jego oczach mrożącą krew w żyłach pustkę. Zupełnie tak, jakby były to oczy martwego – i chociaż dobrze wiedziała, że tak naprawdę Stefano jest nieżywy, to nigdy nie widziała u niego takiego spojrzenia.

Grzmot. Piorun. Trzask.

- Figlio di una cagna! – Nie zrozumiała, co powiedział Damon, ale była całkowicie pewna, że było to słowo nieodpowiednie do wypowiadania przy dzieciach. Stefano natychmiast odwrócił się w stronę okna, a Elena zerwała się z łóżka i również podeszła sprawdzić, co się stało. Przez szum wiatru i pomruki burzy przebijał się dźwięk alarmu samochodowego.

Dość spore drzewo praktycznie samymi górnymi gałęziami leżało na ferrari. Elena musiała zatkać usta dłonią, ale nie z przerażenia. Omal nie wybuchnęła śmiechem.

Damon już otwierał okno. Elena słyszała, jak szepcze przy tym:

- No chodź, cholerny padalcu. Będę walczył.

Chłodny podmuch wiatru wdarł się do pokoju, grube, bordowe zasłony załopotały i na chwilę odgrodziły Damona od reszty. Elena zdążyła tylko jęknąć i usłyszała, że okno się zamyka.

- Damon! – krzyknęła. – Stefano, on… – Nie dokończyła. Starszy z braci był w pokoju, cały i zdrowy.

Tylko potężny wampir ściskał ogromnymi rękami jego ramiona. Mężczyzna ten od pasa w górę był nagi – po jego opalonym, umięśnionym ciele spływały krople deszczu. Na kark opadały mu długie, ciemnobrązowe, kręcone włosy, z których ściekała woda. Wpatrywał się w Damona spojrzeniem tak intensywnym, że trudno było odgadnąć, jakie emocje nim kierują. Czekoladowe oczy wampira, gdyby mogły, wywierciłyby dziurę w przystojnej twarzy Damona.

Elena potrzebowała dosłownie trzech sekund, żeby w tej potężnej postaci rozpoznać Sage’a, Strażnika Wymiarów, starego znajomego Damona, który niezwykle pomógł wydostać Stefano z więzienia Schi-no-schi, a potem schwytać lisołaki: Schinischiego i Misao. Sage bez wątpienia był pomocny i niezwykle silny, a także mądry.

Element, który nie pasował Elenie, to fakt, że teraz niemal miażdżył on kości Damonowi, jego dobremu współpracownikowi. Żaden z nich nie mówił o drugim jako ,,przyjacielu”.

- Salvatore! – zabrzmiał w końcu donośny, niski głos Sage’a. – A niech mnie piorun! Ty żyjesz?!

- Tak wyszło – mruknął Damon, którego odcień skóry z bladego zmienił się na niemal przezroczysty pod wpływem silnego uścisku Sage’a. Potężny wampir zaśmiał się radośnie i rozluźnił ręce. Szczupły Damon wyglądał przy nim jak mały chłopiec.

- No, no – cmoknął Sage z uznaniem. Potem zaśmiał się i przywitał z Eleną i resztą.

- Sage to Anna, Anno… – chciał przedstawić ich sobie Stefano, ale okazało się to zupełnie niepotrzebne.

- Znamy się – powiedział wampir, kładąc dłoń na ramieniu Anny. – To wasza siostra, prawda? Była więźniarką Klausa.

- Przez sekundę liczyłem, że znasz odpowiedź na to pytanie – podjął Damon z krzywym uśmiechem. – Ale, Sage, co cię sprowadza? Bo nie mój cudowny powrót ze piekieł, jak sądzę,  skoro nic o nim nie wiedziałeś.

- Tak, sentymenty później. Rzeczywiście mam pewną sprawę – oznajmił Sage bez owijania w bawełnę, siadając na czarnej, skórzanej kanapie. Reszta poszła za jego przykładem.

- Czy tylko ja mam wrażenie, że to nie brzmi zbyt dobrze? – mruknęła Elena, wpatrując się uważnie w oczy wampira patrzące ze spokojem w punkt gdzieś na ścianie.

- Nie – odparła Anna, opierając się wygodnie o poduszki w skórzanym fotelu. – Cokolwiek on powie, zawsze sprowadza się to do problemów.

Elena nie znała przeszłości Anny, więc nie wiedziała, jaka relacja łączyła ją z Sagem. Ale czuła, że chodzi o coś więcej. Misja na jutro: wypytać Annę o wszystko co ma wspólnego z nią i Strażnikiem Wymiarów.

- To zależy tylko i wyłącznie od was – zaznaczył. – Myślę, że wyjaśnię parę spraw i opowiem pewną historię oraz wyjawię pewne plany. Jeśli zgodzicie się współpracować, będzie dobrze.

Elenie stanowczo nie spodobało się ostatnie zdanie.

- A jeśli odmówimy? -spytał Damon, mrużąc oczy.

- Nie odmówicie – zapewnił Sage. – Otóż, jak wiecie, istnieją Pierwotne wampiry. Poznaliście Klausa. Legenda, którą wampiry przekazują z ust do ust głosi, że Pierwsi stworzeni zostali z niczego, na początku wszechświata. Potem na podstawie wymiany krwi tworzyli swoich potomków. Ale, o czym być może nie słyszeliście, gdyż to zapomniane sprawy, po parunastu przemianach Pierwotni zaczęli słabnąć. Nie znano przyczyn. Po prostu… umierali.

- Jak przeżył Klaus? – spytała Bonnie, wychylając się spoza Eleny.

- Właśnie – przytaknął Sage. – Odkrył pewien sekret. Istnienie Naznaczonych – wampir zawiesił wzrok na Elenie, a potem spojrzał na Annę. – Kobiety te były wybrankami spośród wszystkich istot żyjących na Ziemi i nie tylko. Mogły rodzić dzieci Pierwotnych, a siła, jaką przy tym czerpały wampiry, ojcowie, pozwalała nie tylko na przetrwanie Pierwszych, ale także na wzrost ich Mocy. Rozumiecie?

- Pierwotni mieli dzieci z Naznaczonymi. Wszystko pięknie, ale – Damon wbił wzrok w Sage’a. – Dlaczego nam to mówisz?

- Ponieważ raz na pewien czas rodziła się Naznaczona o szczególnej Mocy. W ciągu całego istnienia wszechświata jedna taka kobieta przypadała na jednego Pierwotnego. Kiedy się spotkali, pominę szczegóły biologiczne, nie rodziła mu dziecka, ani nie przekazywała części swojej Mocy. Pierwotny zabierał jej wszystko. Wnikał w jej ciało, pożerał duszę, przywłaszczał Moc i nieśmiertelność oraz różne zdolności.

- Jak? – spytała Elena. W dalszym ciągu nie brzmiało to dobrze.

-  Kiedy Naznaczona zachodziła z nim w ciążę, on stawał się tym dzieckiem. Po kilku tygodniach uwalniał się proces… można to nazwać pewnym rodzajem dyfuzji. Znikała kobieta, a Pierwotny odradzał się jakby na nowo. To naprawdę interesujące – Sage zamyślił się przez chwilę, ale szybko wznowił opowieść: – Stawał się wtedy niemal niezniszczalny. Właśnie taki był Klaus, dlatego tak ciężko było go wam zabić.

- W porządku, ale dlaczego na to mówisz? – spytał Stefano.

- Mój ojciec jest Pierwotnym, moją matką Naznaczoną – kontynuował Sage. – Jako ostatni z linii Pierwszych ojciec nie osiągnął jeszcze pełni Mocy. Ciągle szuka tej, która pozwoli mu wniknąć w jej ciało, wybranki.

Elena w tej chwili, kiedy domyśliła się o co chodzi, myślała, że zaraz eksploduje jej głowa. Zdenerwowała się i to nie na żarty. Damon chyba wyczuł jej niepokój, bo w mgnieniu oka znalazł się przy niej i chwycił ją mocno za rękę. Po plecach Eleny przebieghł zimny dreszcz, a jednocześnie na policzki wystąpił rumieniec.

- Nie – szepnęła.

- Gdzie zgubiłeś mózg, Sage?! – wykrzyknął nagle Stefano.

- Lepiej zamilcz, Salvatore. Jeszcze nigdy wcześniej nie byłem tak pewny co do prawości swoich poczynań – zagroził. Atmosfera w pokoju nagle stała się bardzo napięta, Elena miała wrażenie, że za chwilę się udusi.

- To ty się zamknij! – wybuchnęła Anna, podrywając się z fotela. – Przez ciebie straciłam rodzinę, bo gdy byłam mała, porwałeś mnie z domu, gdyż zostałam Naznaczona. Nie pozwoliłeś mi poznać matki ani braci! A później musiałam przejść twoje cholerne testy, bo mnie zmusiłeś! Urodziłam dwóm różnym Pierwotnym po dziecku, które zabito. Nie byłam wybranką, która miałaby ten zaszczyt ofiarować siebie dla Pierwszego, i całe szczęście. Poniżano mnie, wykorzystywano. A teraz, kiedy w końcu mogę zaznać szczęście, chcesz to spaprać przez swoje chore ambicje!

Wszyscy, łącznie z Sagem zamarli. Historia, którą wykrzyczała Anna, była prawdziwa. Elena po prostu to czuła. A jeśli to spotkało Annę tylko dlatego, że była Naznaczoną, znaczyło też, że podobny los czeka Elenę. Zostanie poddana próbie. W najgorszym wypadku jej ciało i duszę pożre jakiś stary wampir, żeby pozyskać Moc. W tym lepszym – będzie z nim w ciąży.

- Ty sukinsynie! – wychrypiał Damon. Gdyby nie interwencja Stefano, zapewne rzuciłby się na Sage’a. – Nie masz prawa.

- Po co? – spytała tylko Elena, z trudem łapiąc oddech. Jednocześnie mocniej chwyciła Damona.

- Bo kiedy znajdę tą wybrankę, która pozwoli ojcu znaleźć się w jej ciele, będę mógł w końcu go zabić – odparł ze spokojem.

- Są kołki z jesionu! Czarownice, duchy! – wyliczał Damon. – Dlaczego krzywdzisz kobiety?

- Od ośmiuset lat próbuję go zabić! A teraz mam naprawdę mało czasu. Wy nic nie wiecie – stwierdził z wyrzutem. – Mój ojciec objął panowanie nad Drugą Dzielnicą Mrocznych Wymiarów. A ma ochotę na przejęcie najważniejszej- Pierwszej oraz wszystkich innych. To tyran i jeśli go nie powstrzymam, setki tysięcy mieszkańców ulic i biedaków umrze z głodu, zimna i chorób. Życie jednej dziewczyny to niska cena.

- Jeśli twój ojciec to tyran – syknęła Anna – to nie znam określenia, które pasowałoby do ciebie.

- Elena nie przejdzie żadnych testów – powiedział Damon. – Możesz się zbierać i szukać innej Naznaczonej. Twój ojciec mnie nie interesuje.

Sage się zaśmiał. A był to okropny śmiech, w którym nie było ani cienia radości. Elena zadrżała i chciała krzyknąć, ale Damon powstrzymał ją zaciśnięciem dłoni na jej ramieniu.

- Ja was nie proszę. Jeśli nie oddacie jej dobrowolnie, to was wyzabijam. Nawet Bonnie – przeniósł wzrok na małą wampirzycę chowającą się za plecami Damona na łóżku.

- Nie poznaję cię – stwierdził chłodno Stefano. – Nie myślisz logicznie. Na pewno istnieje jeszcze jakieś rozwiązanie.

- Zamilcz! – ryknął Sage. Elena rzadko się bała, ale w tej chwili zamknęła oczy. Niemal czuła wibracje rozchodzące się po pokoju. Kiedy znów spojrzała na Sage’a prawie go nie poznała. Przypominał zwierzę. Elena usłyszała, że Bonnie cicho popłakuje.

- Wyjdźmy na zewnątrz – rozkazał Damon i wstał z miejsca. Elena bez  jego dotyku czuła się strasznie bezbronna. Wampir spojrzał na rozsierdzionego Strażnika Wymiarów i dodał: – W przeciwieństwie do ciebie, dbam o kobiety. I nie pozwolę, abyś doprowadził je do skrajności.

Sage nie odpowiedział tylko wyszedł, niemal wyrywając drzwi z zawiasów. Stefano bez słowa ruszył za nim. Damon posłał jeszcze porozumiewawcze spojrzenie Annie. Przytaknęła, obiecując, że będzie chronić dziewczyny.

- Damon – szepnęła Elena. Chciała wstać, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Do tego niesamowicie drżały jej ręce. Za dużo emocji.

- Nie bój się. Wrócę. A tobie nic się nie stanie – powiedział, ucałował ją w czoło i pogłaskał po policzku. Potem jeszcze posłał roztrzęsionej Bonnie pocieszający uśmiech i wyszedł, delikatnie zamykając drzwi.

************

,,Myślę, że jesteś wystarczająco doświadczony
By odróżnić serce ze złota
I to, które kołyszesz w swych delikatnych objęciach
Czy nie rozpoznajesz zaprzedanej duszy?
Jak mogę ocalić cię przed tym czym byłam?
Nie mogę wyprzeć się przeszłości, jest wypisana na mej twarzy
Jak mogę ocalić cię przed chaosem w którym jesteś
Jeśli nie pozwalam ci wyrwać się z tych objęć tortur?

Jak cię ocalę?
Jak cię uwolnię?
Za kurtyną czeka mroczniejszy świat
Jeśli nie pozwolę ci odejść
Jak mogę cię ocalić, ocalić przede mną?”

Emilie Autumn – Save You

Elena poznała prawdę o Annie. O tym, że Sage zmusił ją do odbycia testu, jak to zdrobniale nazwała. Że została dwukrotnie wykorzystana, raz przez Klausa i drugi raz przez ojca Sage’a. Że z oboma miała dzieci, które jej zabrano i zabito. O tym, że spodobała się temu muskularnemu wampirowi, który tego dnia pokazał wszystkim, że nie można nazwać go przyjacielem a nawet znajomym.

Nie mogła nie współczuć Annie. W dodatku zaczęła się rodzić międzi nimi dwoma, no i Bonnie, więź. Anna tymczasowo uzupełniała lukę, która pozostała po Meredith, co jednak wcale nie znaczyło, że miała wyprzeć Sulezównę.

Kiedy skończyły rozmawiać, Anna stwierdziła, że pójdzie do swojego pokoju. Elena już miała zaprotestować, ale przypomniała sobie nagle, że nie jest przecież lamentującą małą dziewczynką i poradzi sobie sama. Uśmiechnęła się więc tylko i odprowadziła Annę wzrokiem.

Bonnie także poszła, co było raczej dziwne. Elena była pewna, że skończy się na tym, że Damon będzie musiał ustąpić swoje miejsce przy Elenie na łóżku, bo mała wampirzyca będzie się za bardzo bała. Bonnie pozytywnie ją zaskoczyła.

W pewnym momencie Elenie znudziło się bezczynne czekanie, a rozmyślanie o nowym problemie  po prostu wytrącało ją z równowagi. Chciała wziąć kąpiel, więc podeszła do ustawionej w kącie pokoju walizki, którą kupiła wraz z ubraniami i najpotrzebniejszymi rzeczami w centrum handlowym w drodze do Florencji.

Wyciągnęła ze środka ładną białą piżamkę i kosmetyczkę, którą udało jej się zabrać z domu. Pomyślała o ciotce Judith i Margaret. Wszyscy w Fell’s Church myśleli, że ona i Bonie uciekły albo zostały porwane. Może nawet dopuszczali wersję śmierci. Postanowiła, już w drodze do Florencji, że kiedy jej siostra będzie miała osiemnaście lat, odwiedzi ją. Złamie zasady, odkryje przed nią świat magii. Wyzna prawdę, a potem pozwoli jej zadecydować, czy zechce żyć z tym ciężarem. Jeśli się zgodzi, znów będą mogły być najlepszymi siostrami. A jeśli nie… Damon wymaże jej wspomnienia o ich spotkaniu. Ale Elena nigdy nie przestanie jej kochać i nad nią czuwać.

Kiedy nagle drzwi do pokoju się otworzyły, Elena spanikowała. Prawie podskoczyła, a potem ogarnęła ją taka bezwładność w całym ciele, że wypuściła z rąk kosmetyczkę, która na szczęście była zamknięta. Naprawdę bała się, że Sage po nią przyszedł, jak po Annę pięćset lat temu. Że Damon nic nie zdoła zrobić. Że – oby nie – nigdy nie da rady jej ocalić, bo jest martwy.

- Anna miała cię pilnować – usłyszała poirytowany głos Damona. Chciała odetchnąć z ulgą, ale nie mogła. Przecież nie byłby zły, gdyby udało mu się jakoś ugłaskać Sage’a.

- Kazałam jej odejść – skłamała, drżącymi rękami chowając kosmetyczkę z powrotem do walizki. – Wiedziałam, że wrócisz.

Damon mruknął coś pod nosem. Kiedy Elena wstała i się odwróciła, jago nie było już w sypialni. Usłyszała, że odkręca kran w łazience. Poszła za nim.

Jego twarz była cała w zaschniętej krwi, która musiała wypłynąć wcześniej z szerokiej na połowę czoła rany. W dodatku dolną wargę miał spuchniętą i przybrała ona siną barwę. Zorientował się, że na niego patrzy i szybko odwrócił głowę. Zrobił to jednak za późno.

- Dlaczego to zrobił? – spytała Elena, podchodząc do Damona. Widziała teraz tylko tył jego głowy. Zobaczyła, że na czubku ma sklejone włosy. A więc tam również była rana. Miała ochotę zabić Sage’a za to, co zrobił Damonowi. Salvatore działał w jej obronie, co do tego nie miała wątpliwości, a Sage… No cóż, dążył po trupach do celu. Nie liczyły się już dla niego dawne przyjaźnie.

- Idź spać, Eleno – powiedział chłodno Damon. – To nic.

- Właśnie, że nie – szepnęła. Nie miała zamiaru krzyczeć. Tego dnia nasłuchał się pewnie zbyt wielu wrzasków. – To jest COŚ. Chcę ci pomóc.

- Nie powinnaś na to patrzeć – upierał się. – To naprawdę paskudne, a ty zbyt dużo się dzisiaj naoglądałaś i nasłuchałaś.

Kochany. Zawsze o nią dbał, troszczył się. Tylko, że ona też chciała coś dla niego zrobić. Nawet jeśli miało to być obmycie krwi z jego twarzy.

- Nie odejdziesz? – odezwał się po dłuższej chwili, zrezygnowany.

- Nie – odparła. – Chcę wiedzieć, dlaczego ci to zrobił. I co powiedział na temat… – słowa po prostu uwięzły jej w gardle. Nie była w stanie nic powiedzieć.

Damon odwrócił się do niej i posłał spojrzenie pełne zrozumienia. Rana na czole prawie mu się zagoiła, ale warga nadal była opuchnięta. Stracił dużo Mocy na bójkę z silniejszym Sagem. Musiała to przyznać – wyglądał koszmarnie z tą krwią na całej twarzy.

- Od początku – rozkazała i pokazała, żeby usiadł na brzegu wanny. Elena wzięła ręcznik i zamoczyła go w letniej wodzie.

- Nie chciał nas w ogóle dopuścić do głosu – powiedział Damon, cały czas patrząc na zgrabne ruchy dziewczyny. – Bredził jak szalony o ojcu, jego tragicznych w skutki rządach i chęci władzy… – skrzywił się lekko, kiedy Elena przyłożyła mu ręcznik do rany na czole, żeby ją przemyć. – On po prostu jest ogarnięty takim żalem do ojca, że pragnie go jak najszybciej wykończyć i czepia się tylko jednego sposobu. Nie chce słyszeć o innych rozwiązaniach.

- Nigdy nie ma tylko jednego wyjścia – wtrąciła Elena, delikatnie myjąc jego prawy policzek.

- Stefano powiedział mu to samo.

- No i?

- Ten sukinsyn prawie go za to zabił – odparł Damon. Elena zamarła i popatrzyła wampirowi w oczy z przestrachem. – Gdybym nie odepchnął Sage’a, mój brat by już nie żył.

- On jest… – nie mogła znaleźć słów, które opisałyby zachowanie Sage’a. – Boże. Pamiętam, jak nam pomagał uwolnić Stefano z więzienia. To niemożliwe, że teraz się tak zachowuje.

- Nie wierzysz mi? – zdziwił się Damon. – Prawie złamał mu kręgosłup, kiedy rzucił nim o mur za hotelem! A potem…

- Uwierz, nie chcę znać szczegółów – odparła szybko, czując, że robi jej się niedobrze. – Oczywiście, że ci wierzę. To po prostu okropne, że tak go omotała ta chęć zabicia ojca.

Znów zabrała się do mycia jego twarzy. Przez chwilę milczeli. Elena przez cały czas czuła na sobie spojrzenie Damona, lecz nie odważyła się, by spojrzeć mu znów w oczy. Chyba po prostu bała się, że zobaczy w nich strach. A teraz bardzo potrzebowała w Damonie wsparcia.

Chciała również zapytać o najważniejsze: Co teraz? Czy pozwoli Sage’owi, dla bezpieczeństwa innych, aby zabrał ją do jego ojca? Czy pozwoli, aby Pierwotny był z nią tak blisko, jak jeszcze nikt wcześniej cielesnie nie był? A jeśli tak, to, co? Zajdzie z nim w ciążę, czy może Pierwotny ją pochłonie?

- On powiedział – odezwał się w końcu Damon – że jeśli jutro w południe nie oddasz się dobrowolnie, to zabije najpierw twoją ciotkę, potem siostrę i potem resztę. Mnie. Stefano. Bonnie.

Elena wrzuciła brudny ręcznik do umywalki i usiadła na brzegu wanny obok wampira.

- Ale ja nie chcę tego robić. Nie chcę… być jak skończona szmata, która, jeśli się uda, przyniesie pożytek, a jeśli nie, to pójdzie w odstawkę. Nie będę się kochać z kimś, kogo będę widzieć pierwszy raz… – pewnie mówiłaby dalej, ale Damon delikatnie przytknął jej palec do ust.

- Nie będziesz – odparł. – Dopilnuję tego.

A potem ją pocałował. Delikatnie, wynagradzając jej jakby trudy i okropne wieści tego popołudnia. Elena poczuła, że przez jej kręgosłup przepływa przyjemny dreszcz.

- Coś wymyślimy – powiedział po chwili. – Obiecuję.

- Nie obiecuj – poprosiła. – Błagam, nie rób tego. Nie za wszelką cenę.

Ale już więcej nic nie powiedział, tylko wziął ją na ręce i zaniósł na łóżko. Elena nie miała siły na to, żeby nawet powiedzieć mu, że powinna się przebrać. Położył się obok, a ona niebawem zasnęła, wtulona w jego ciało.

______________________

Ok, ok. 

Okropny, wiem. Zdaję sobie sprawę, że strasznie zagmatwany, więc tak dla jasności : Sage chce zmusić Elenę, żeby przespała się z jego ojcem, bo jest Naznaczoną. Jeśli Elena okaże się wybranką, Pierwotny jąbtak jakby pochłonie. Jeśli okaże się zwykłą przedstawicielką Naznaczonych, po prostu zajdzie z nim w ciążę. 

Rozumiecie? Wszelkie wątpliwości proszę opisywać!

Chciałabym was też serdecznie poprosić o szczera opinie. Wystarczy jedno zdanie. Naprawdę, to buduje.

Jeśli znajdę czas we ferie, to postaram się szybko coś napisać ;) jeśli ocz. Chcecie to jeszcze czytać… :/ 

Kisses ;***

#19 Wiesz, co nie jest romantyczne?

Uprzedzam, że jest to mój ostatni wpis w tym roku, dlatego chciałabym życzyć Wam zdrowych, spokojnych i wesołych Świąt! Miejmy nadzieję, że spadnie śnieg :)

Have a nice day!

***********

Po wydarzeniach ostatnich dni zwyczajne śniadanie w kuchni pani Flowers porównać można było do małego święta. Promienie słońca wpadające przez duże okno oświetlało zastawiony stolik oraz zebranych przy nim ludzi oraz wampiry.

Bonnie celowo ustawiła rękę tak, aby wszyscy mogli podziwiać jej pierścionek.

- Stefano mi go dał – chwaliła się każdemu. Chyba nie zdawała sobie sprawy, że klejnot ten należał niegdyś do Katherine i liczy sobie ponad pięć wieków. Pani Flowers krzątała się przy kuchence, ciągle szykując jakieś naczynia.

- Pomogę – powiedziała Meredith widząc, że staruszka ma najwyraźniej zamiar przygotować jeszcze sałatkę. – Choć nie rozumiem, po co tyle tego wszystkiego.

- Ja też się dołączę. To, że jestem teraz istotą mroku nie znaczy, że nie mogę gotować – zaśmiała się Bonnie i wstała z krzesła.

Elena z uśmiechem patrzyła, jak jej przyjaciółka pomaga pani Flowers. Tak, stała się wampirem. Ale jak na razie nie wpłynęło to zbytnio na jej osobowość. Bonie nic a nic się nie zmieniła. Była tak samo szczera, śmiała i delikatna.

Stefano zapewniał, że świetnie poradziła sobie podczas porannego polowania. Postanowiła pić krew zwierząt, tak jak on. Elena nie mogła pozbyć się myśli, że Stefano jest w pewien sposób z tego dumny, i że po powrocie do pensjonatu, popatrzył z wyższością na Damona. Co najdziwniejsze… starszy nie zareagował. Albo ma Bonnie całkowicie głęboko gdzieś, albo zupełnie na odwrót. Obstawiała to drugie. I szczerze? Niezbyt jej się to podobało.

Popatrzyła na Damona, który siedział obok niej. Wszystkie wątpliwości nagle się rozwiały, na wspomnienie ostatniej godziny.

On także się pożywił. Na niej.

Poszli do pokoju. Najpierw opatrzył jej rękę, na której wcześniej pojawił się znak w kształcie cyfry osiem, a dopiero potem ją pocałował.

Czuła jego głód. Wiedziała, że mógłby się na nią rzucić w sekundę po zamknięciu drzwi.

- Nie wolałbyś… – mruknęła, przekrzywiając głowę, aby domyślił się reszty zdania.

Popatrzył na jej szyję, jakby się zastanawiał. A potem się uśmiechnął i przysunął swoje usta do jej twarzy.

- Nie. To smakuje prawie tak samo.

Jedną z tych rzeczy, których Elena nauczyła się przez te wszystkie miesiące od poznania Stefano i Damona był fakt, że dla wampira krew jest wszystkim, ponieważ daje życie.

Choć jego skóra była bledsza niż zwykle, oczy wyraźnie ciemniejsze, a przy każdym wypowiadanym przez jego słowie widać było śnieżnobiałe, śmiercionośne kły, wyszeptał przy jej uchu:

- Tak, kochanie. Jesteś wszystkim.

Teraz siedziała przy stoliku z Alaricem, Stefano, Mattem, otoczona w pasie ręką Damona, z czego zdała sobie sprawę dopiero w tym momencie.

- To dobrze, Meredith. Powinnaś się przyzwyczajać.

Elena przez chwilę zastanawiała się, czy coś jej nie umknęło. Rozejrzała się po kuchni, żeby zobaczyć reakcję innych. Byli, tak jak ona, mocno zdziwieni słowami Damona. Co powiedziała Meredith? ,,Pomogę”. A teraz razem z Bonnie kroiły warzywa.

Tyle że brunetka wyraźnie się zaczerwieniła.

- Ups – Salvatore cmoknął z udawanym zakłopotaniem. – To była tajemnica?

Wszyscy patrzyli na niego co najmniej tak, jakby zwariował.

- Może usiądziesz w cieniu? – zaproponował Stefano – Słońce ci nie służy.

- O co chodzi? – spytała Bonnie, z zaciekawieniem patrząc na Damona.- Meredith?! – omal nie upuściła noża, którym kroiła szczypiorek.

- Alaric? – podpowiedział Salvatore z uśmiechem na ustach.

- Och, idioto. To nie miało tak wyglądać – wypaliła Meredith, posyłając gniewne spojrzenie Damonowi. Potem uspokoiła się i oznajmiła: – Ja i Alaric… zaręczyliśmy się.

- Zastanawiam się, kiedy zamierzaliście o tym powiedzieć bez mojej pomocy – mruknął wampir.

- Gratulacje – powiedziała uśmiechnięta Elena. – Musimy to obgadać! Po śniadaniu – dodała szybko, widząc minę pani Flowers mówiącą : nie wypuszczę was, dopóki wszystkiego nie zjecie!

- Boże jak roman… – Bonnie oczywiście nie byłaby sobą, gdyby nie zaczęła w tym momencie skakać z radości. Z nożem w ręce.

- Wiesz, co nie jest romantyczne? – zagadnął Damon, nagle pojawiając się przed Bonnie i wyrywając jej narzędzie z ręki – Dźgnięcie panny młodej nożem do zieleniny.

Ruda zrobiła taką minę, że naprawdę trudno było się nie roześmiać.

*********

- Chciałabym wiedzieć, co to znaczy, że jestem Naznaczona – powiedziała Elena, kiedy razem z Damonem byli w drodze na cmentarz.

Szli przez las, aby nikt z mieszkańców miasteczka ich nie zobaczył. Ludzie bali się tego miejsca. Od lat po Fell’s Church krążyły różne plotki na temat zabójstw dokonywanych po zmroku wśród gęstych krzaków nad przepływającą przez las rzeką. Nawet w środku pięknego słonecznego dnia obawiano się zapuszczać na te tereny, całkiem niepotrzebnie. Elena wiedziała, że za zabójstwami, jeżeli takie w ogóle miały miejsce, stały wilkołaki. Jednak było już to tak dawno temu, że strach wydawał się czymś śmiesznym.

- Ja także – przytaknął. – Może to po prostu znak nieśmiertelności? Atrybut? No wiesz, wampiry mają kły.

- Ale kły są potrzebne – zauważyła.

Elena uwielbiała woń lasu. Mokra ziemia, liście, drewno… to były właśnie zapachy jej dzieciństwa. Bardzo często, razem z Bonnie, wymykały się bez zgody rodziców do lasu i gadały godzinami o różnych bzdurach. Przesiąknęła zapachem żywicy, choć nigdy publicznie nie chciała się do tego przyznać. Elena Gilbert, która woli pisanie w pamiętniku w środku lasu od imprezy szkolnej? Cóż, może przesadziła, kochała tańczyć, ale nie wyobrażała sobie życia bez tego klimatu, którym owiane zostało całe miasteczko.

Ale została zmuszona, aby je opuścić. Nie mogła żyć wiecznie w pensjonacie, chować się i pilnować, żeby nikt niepowołany jej nie zobaczył. Chciała być wolna, pragnęła czerpać radość i w końcu naprawdę wykorzystać kolejną szansę od losu.

- Widziałem wiele rzeczy – powiedział Damon – ale coś takiego… – Pokręcił głową.

- Nieważne – westchnęła i wsunęła rękę pod jego łokieć. Jego skórzana kurtka była przyjemnie zimna. – Będę tęsknić za Fell’s Church.

- Za czym najbardziej? – spytał.

- Za kim – poprawiła go. – Margaret, ciotka, wujek… Meredith, Matt. To przykre, że z większością nie będę mogła porozmawiać już nigdy więcej – powiedziała, a po chwili zaśmiała się histerycznie. – Moje życie zatacza krąg.

- Znam to uczucie – westchnął Damon i objął ją ramieniem. Wyszli z lasu i udali się na cmentarz, gdzie Elena miała pożegnać się ze swoimi rodzicami. – Chcesz zostać sama?

Po chwili zastanowienia przytaknęła. Była całkowicie przekonana, że Damon i tak usłyszy każde jej słowo, ale mimo wszystko bez niego siedzącego obok było jej łatwiej wyznać różne rzeczy. Wampir odszedł, chowając się pomiędzy drzewami.

- Cześć – powiedziała. – Przyszłam się z wami pożegnać. Nie jestem już mile widziana w Fell’s Church. Stałam się nieśmiertelną i zostałam naznaczona, choć nie wiem co to znaczy. Jestem jednak pewna co do tego, że nie mogę już tu zostać ani przychodzić tutaj więcej… Przepraszam.

Cisza była przytłaczająca. Słychać było tylko szum liści wysokich dębów. Elena poczuła się dziwnie, ale kontynuowała:

- Wyjeżdżam z Damonem. I mam zamiar być szczęśliwa. Przecież mi się należy, prawda? – sama nie była pewna swoich słów. – Prawda? – Siedziała tak przez chwilę, patrząc na szary nagrobek swoich rodziców, a potem ukryła twarz w dłoniach. – Właśnie, że nie – dodała szeptem, łzy ścisnęły jej gardło.

- Eleno – poczuła, że Damon chwyta jej ręce i zabiera je sprzed jej twarzy. Popatrzyła mu w oczy, starając się przy tym, aby nagromadzone łzy nie popłynęły po jej twarzy. Nie udało się. Damon czułym gestem otarł kroplę kciukiem. – Poradzimy sobie. Razem. Obiecuję ci to.

Energicznie pokiwała głową i poczuła, że się uspokaja. Chwila słabości minęła. Zauważyła, że może się nawet szczerze uśmiechnąć.

***

„Ja muszę odejść stąd, wiem muszę zniknąć
Wziąć ze sobą całe to zło, agresję i przykrość
Ja żegnam Cię dziś, biorąc na siebie wszystko
Już dłużej nie będzie mnie blisko.
Muszę wymazać co wcześniej pisałem o nas
Na ścianach domu, za który byłem gotów skonać
Muszę zebrać się, zerwać i zapomnieć o syndromach
Zacisnąć pięści i ostatnią prostą pokonać.
Zmieniam miejsce, mimo iż tu bije me serce”

                                       Fandago Gang „Muszę odejść”

Wraz z promieniami zachodzącego słońca, wszyscy zakwaterowani przez ostatnie dni w pensjonacie zebrali się w kuchni. Ku zdziwieniu większości, pojawili się także Christian i Anna.

- Moi rodzice wychodzą ze szpitala jutro rano – oznajmiła Meredith spokojnym głosem. – Będą szukali Stefano. Przykro mi, że nie możecie zostać ani dnia dłużej.

W szarych oczach dziewczyny malował się czysty smutek. Bonnie, ni stąd, ni zowąd, wybuchnęła płaczem, pomimo tego, że ostatnią godzinę spędziła z przyjaciółkami na rozmowie, podczas której wykorzystały chyba z milion chusteczek.

- To niesprawiedliwe – mruknęła. Ale po chwili jednak dotarło do niej, że sama pisała się na takie życie, wybierając wampiryzm, więc dodała: – ten cały rasizm.

- Bonnie – westchnął Stefano i podał jej opakowanie chustek stojące na stoliku.

- Bardzo pani dziękujemy – zwróciła się Elena do właścicielki pensjonatu, która wyraźnie miała łzy w oczach. – Myślę, że dla każdego jest pani jak babcia. To, co pani dla nas zrobiła… przechodzi wszelkie pojęcie. Dziękuję – dodała, obejmując drobną i niską staruszkę.

- Moje dzieci idą w świat – powiedziała z żalem. – Na szczęście nie wszystkie. Nie ma za co, Eleno. Nie ma za co.

Torebki Bonnie i Eleny, które Damon zdołał wykraść z ich pokoi, zawierały tylko drobiazgi. Blondynka dodatkowo miała przy sobie pamiętnik. Dziewczyny wzięły je do rąk i przystanęły ponownie na środku kuchni.

- Tak w ogóle, gdzie się wybieracie? – spytał Matt, siląc się na uśmiech w stronę Damona. Przeczuwał, że to właśnie od niego może oczekiwać odpowiedzi.

- Na początek Włochy. Zabieramy Annę, żeby zaprzeczyć jej teorii o więzach siostrzano-braterskich. A potem… No cóż – spojrzał na Stefano, ale ten się nie odezwał. Damon uśmiechnął się tylko nieznacznie. – To kwestia sporna.

- Będziemy dzwonić – powiedziała Bonnie, a Elena przytaknęła.

- Chodźmy już – ponaglił Stefano. – To bez sensu odciągać to, co nieuniknione. – Dobranoc.

A potem tak po prostu otworzyli drzwi i wyszli z pensjonatu. Jak gdyby nigdy nic wsiedli do samochodów – Elena z Damonem do czarnego ferrari, a Stefano, Bonnie i Anna do ciemnego porsche. I zwyczajnie odjechali, ot, tak. W stronę nowego życia.

#18 Naznaczona cz.2

Siema, siema :D

Podczas wstawiania poprzedniej notki miałam duże problemy, dlatego, niestety, tamten rozdział nie wyszedł rewelacyjnie. Na końcu, kiedy już rozkminiłam, co robię źle, byłam na siebie strasznie zła i nawet nie napisałam porządnego wstępu…

Łotever :P

Moje spóźnienie domaga się krwawej zemsty… L

Dziś Delenaa!

Liczę, że skomentujecie. To dla mnie bardzo ważne :)

****************************

Drzwi do pensjonatu otworzyły się z hukiem. Echo rozniosło ten dźwięk po pomieszczeniach budynku. Pani Flowers natychmiast pojawiła się na korytarzu.

-Chłopcze, mogłeś zapukać. Otworzyłabym – powiedziała karcącym tonem, zobaczywszy sprawcą hałasu – Damona, który stał w drzwiach z ciałem Eleny na rękach.

- Mogłem – odburknął i wszedł do środka. Chciał skierować się od razu na górę, ale staruszka zagrodziłam mu drogę na schody.

- Znalazłeś lekarza, który ją zoperował? – spytała, podchodząc bliżej i odgarniając złote włosy z czoła Eleny. Jak się okazało, na dwie rany od kul założony był świeży opatrunek.

Damon cały czas przyciskał dziewczynę do piersi, jakby bał się, że nawet drobna, stara pani Flowers może zrobić jej krzywdę. Jednak mimowolnie się uśmiechnął, widząc czułość, z jaką odnosiła się staruszka do Eleny.

- To był długi dzień – przenosząc wzrok na twarz ukochanej.

- Ważne, że kule zostały usunięte – powiedziała optymistycznie pani Flowers. – Już druga w nocy, chłopcze. Nawet niepokonane wampiry potrzebują odpoczynku – uśmiechnęła się przyjaźnie.

Damon zauważył, że kobieta nie przebrała się jeszcze do snu. Czyżby na niego czekała?

Na Elenę, idioto. Cały czas chodzi tylko o Elenę.

- Proszę pani? – rzucił jeszcze Damon, widząc, że staruszka odchodzi do swojego mieszkania.

- Nie będę miała nic przeciwka, jeśli będziecie nazywać mnie babcią – powiedziała, zatrzymując się.

Damon najpierw otworzył usta ze zdziwienia, potem jednak na jego twarz wystąpił grymas rozbawienia.

- Chciałem tylko wiedzieć, czy ta woda naprawdę zadziała? Szczerze – dodał, nagle poważniejąc.

- W świecie, w którym rządzi magia, niczego nie można być pewnym. Jednak sądzę, że będzie dobrze. Musi być dobrze – odparła i schowała się w swoim mieszkaniu.

Damon zamknął drzwi nogą, tym razem delikatnie i ruszył na górę.

Zobaczył, że w pokoju, który zajmował Stefano pali się światło. Pewnie go obudził. Chyba, że nie spał on w ogóle.

Miał zamiar minąć sypialnię brata i udać się do jednego z wolnych pokoi, ale przypomniał sobie o Bonnie. Już bez zastanowienia podszedł do drzwi i uderzył w nie nogą trzy razy, co miało zastąpić pukanie. Ręce, niestety, miał zajęte. Bezwładność Eleny wprawiała go w nieprzyjemne uczucie.

Po kilku sekundach Stefano stanął w progu i obrzucił brata zbolałym wzrokiem.

- Co z Bonnie? – spytał Damon przytłumionym głosem. Po chwili zdał sobie sprawę, że to przecież bezsensowne. Nie mogli krzykami obudzić umarłych.

- Czekam, aż się obudzi – odparł Stefano gorzko. Potem spojrzał na opatrunek na czole Eleny i przerzucił wzrok na brata z niemym pytaniem w oczach.

- Mogłoby być lepiej, nie ukrywam – powiedział Damon, już głośniej. – Ale wracając do Bonnie: to osobliwy przypadek. Ona jest medium. Podczas lub po przemianie mogą nastąpić… powikłania. Uważaj i powodzenia – obdarzył brata krzywym uśmieszkiem i odwrócił się z chęcią odejścia.

- Damon, czekaj – rzucił szybka Stefano, wychodząc na korytarz. – Dlaczego to wygląda tak, jakbyś podzielił między nas dwie martwe dziewczyny i teraz  każdy zajmuje się ,,swoją’’ ? Jesteśmy w tym wszyscy razem, czy nie?

- Siłą rzeczy, to ty powinieneś zajmować się nimi obydwoma. – syknął Damon, odwróciwszy się na pięcie. – Ale Eleną wolę zająć się osobiście. Przestań narzekać, bo może zrobić się nieprzyjemnie.

- Nie, wiesz co? – powiedział Stefano, krzyżując ręce na piersi. – To chyba ty powinieneś najlepiej wiedzieć, że wystarczy chwila nieuwagi lub jedna zła decyzja, aby umrzeć. Nie obwiniaj mnie za śmierć Eleny czy Bonnie, bo to nie moja wina. To ich decyzje.

- Co się stało z moim świętoszkowatym braciszkiem, który zawsze o wszystko obwiniał siebie?- spytał Damon z ironicznym uśmieszkiem na ustach.

- Zniknął, kiedy umarłeś – odparł. Do oczu zaczęły napływać mu łzy. – Tamten Stefano już nigdy nie wróci. Jego serce zostało przebite zbyt wieloma cierniami, aby jeszcze kiedykolwiek mogło bić w równym rytmie.

- Oszalałeś? – spytał Damon z troską.

- Nie. I nie traktuj mnie już więcej jak małego chłopca. Nie będę cię zawsze słuchać.

Damon tylko mocniej przycisnął Elenę do piersi i zacisnął zęby. Odwrócił się i z całej siły kopnął pierwsze lepsze drzwi, tak, że się otworzyły. Wszedł do środka i zamknął je z niemniejszym hukiem.

Z sypialni naprzeciwko pokoju Stefano wyjrzał zaspany Alaric.

- Wojna czy łowcy? – spytał ochrypłym głosem, mrużąc oczy pod wpływem światła świecącego w pokoju Stefano.

- Tylko nie mogący poradzić sobie z prawdą Damon Przykro mi, że cię obudził. Możesz już spać spokojnie – odparł zapytany. Od tamtej pory, aż do poranka, w pensjonacie panowała idealna cisza.

 

********************

Pierwsze promienie słońca zaczęły przedzierać się do wnętrza dużej sypialni. Ściany w tym pomieszczeniu obite były boazerią w kolorze orzecha, a sufit miał szarawy odcień. Nie było tam zbyt wielu mebli; naprzeciwko drzwi stała ogromna szafa z kilkoma drzwiczkami, a obok niej wisiało duże lustro z  czarną, ozdobną ramą. Oprócz tego w rogu pokoju stał fotel, kolorem współgrający z bordowymi zasłonami  w oknie, przy którym znajdował się niewielki stolik o trzech nogach.

Było tam także łóżko pościelone białym prześcieradłem i zielono-czerwonymi poduszkami w paski, na którym, przykryta puchową kołdrą do kompletu pościeli, leżała Elena.

Damon odszedł od okna i przystanął nad łóżkiem. Czuwał całą noc bez zmrużenia oka. Nie wiedział, ile czasu potrzebuje Elena, aby obudzić się ze snu nazywanego przez śmiertelników ,,śmiercią”. Dla niego był to jedynie stan przejściowy.

Położył się obok Eleny, cały czas patrząc na jej twarz. Znał każdy jej szczegół tak dobrze, że mógł bez problemu odtworzyć ten obraz, kiedy tylko zapragnął.

Dotknął dłonią jej policzka. Był zimny. Chłodniejszy, niż jego ciałao. Przez jego umysł, jak błyskawica, przewinęła się myśl: ona może się już nie obudzić.

Wtedy najprawdopodobniej rozpętałby piekło.

Gdyby tylko istniała szansa, aby przywrócić ja po takim obrocie spraw do życia, mógłby się upokorzyć przed całym ludem Mrocznych Wymiarów. Zniósłby nawet najokrutniejsze tortury, mógłby nawet stracić poważanie i honory należne tak potężnym wampirom, jak on. Dla niej.

- Widzisz, do jakiego stanu mnie doprowadziłaś? – spytał cicho, kierując te słowa do  Eleny. – Oszalałem. Naprawdę oszalałem.

Nie otrzymał odpowiedzi, ale nie zraził się tym. W dalszym ciągu pieścił dłonią policzek dziewczyny, jej zimną, białą skórę.

- Dlaczego to zrobiłaś? – kontynuował z żąlem w głosie. – Popatrz, co narobiłaś. Jesteś martwa, ja wściekły, a Stefano… Szkoda gadać – uciął, żeby po chwili znów zacząć mówić. – Chciałem go zabić, Eleno – wyznał szeptem. – Ale to by było nie w porządku wobec ciebie. Nie mogłaś umrzeć na darmo. A potem uświadomiłem sobie, że i ja nie jestem bez winy.

Damon nie wiedział, czy bardziej frustrujące jest to, że Elena nie może odpowiedzieć, czy fakt, że on jest potwornie zmęczony…

- Błagam cię, mój aniele, wróć – przestał już pieścić jej skórę. Zwyczajnie nie miał już siły.- Pod jakąkolwiek postacią, wróć. Zrobię, co tylko zapragniesz…

W tym momencie zasnąłby, ale oprzytomniał dokładnie w chwili, kiedy spadał z łóżka. Był zdezorientowany i zaskoczony, więc tym razem prawa fizyki wzięły górę. Nie zdążył się niczego przytrzymać. Znalazł się na podłodze, ale zaraz się podniósł, gotowy rozszarpać sprawcę tego incydentu.

Od razu się uspokoił widząc, że w pokoju jest jedynie wystraszona Elena, która siedząc na łóżku gwałtownie wdycha powietrze, trzyma się za głowę i nerwowo rozgląda po pokoju. Jego Elena. Jego Księżniczka.

Ich spojrzenia skrzyżowały się niemal natychmiast, jednak minęła dłuższa chwila, zanim któreś  nich wykonało choć najmniejszy ruch. Zupełnie tak, jakby jakaś zaczarowana siła trzymała ich w miejscu.

Damon ocknął się pierwszy. Otrząsnął się z szoku po nieplanowanym spotkaniu z podłogą i podbiegł do Eleny.

- Damon, ja… – jęknęła, lecz nie zdążyła dodać nic więcej. Wampir wpił się w jej usta. Objęła go mocno i odwzajemniła pocałunek – głęboki, mocny, przepełniony tęsknotą i bólem oraz, oczywiście, miłością, tą z tych, która może przenosić góry. Albo przywracać martwych do życia.

Poczuła, że jej pleców dotykają delikatne, zwinne palce, a skóra w miejscach, które nawet ledwo musnął, rozgorzała płomieniem. Było jej dobrze. Nie, ,,dobrze’’ to zbyt pospolite określenie. Czuła się tak, jakby była zanurzona w ciepłej wodzie i dryfowała gdzieś w odmętach czarnego, bezkresnego oceanu… W pewnej chwili zaczęła tonąć. Ale woda była taka przyjemna! Traciła oddech. W końcu zaczerpnęła powietrze.

Elena popatrzyła na Damona i mimowolnie się uśmiechnęła. Wyglądał jak… młody chłopak. Radosny, nieprawdopodobnie przystojny, młody chłopak.

- Nigdy więcej tego nie rób – powiedział stanowczo. Jakimś cudem udało mu się zachować na twarzy uśmiech i zaintonować wypowiedź tak, że brzmiała ona śmiertelnie poważnie.

Elena dotknęła swojego czoła. Nie bolało. Była w pełni świadoma, że została postrzelona w głowę… Boże. Nie.

- Miałeś na myśli: nie umieraj? – spytała przerażona. – Damon, co się dzieje?!

- Musisz porozmawiać z panią Flowers – mruknął, zawiedziony, że nie może jej odpowiedzieć. – Naprawdę, jestem trochę do tyłu z niektórymi sprawami. To frustrujące.

- Ale żyję?

- Jeśli tak chcesz to nazwać… – wzruszył ramionami, posyłając jej krótki uśmiech. – Ale wyjaśnijmy sobie coś. Masz naprawdę ogromne szczęście, co się okazało nie raz. Ale w następnych okolicznościach…

- Wiem – przytaknęła. – Jesteś zły? – Miała szczerą nadzieję, że nie. Nie lubiła, kiedy się na nią złościł.

- Owszem – odparł chłodno. – Ale myślę, że jesteśmy kwita.

To było dziwne. Bardzo. Nawet jak na Damona.

- Co proszę?

Damon się nie odezwał. Po prostu patrzył. Milczenie nie oznaczało niczego dobrego. A te jego czarne oczy… były smutne.

- Tak mi strasznie przykro, Eleno – w jego głosie jednak nie było słychać skruchy. – To nie miało się tak potoczyć.

Cisza.

Więc to zgadywanka? Dobrze. Ale bardziej przypominało to grę, którą mogłyby wymyślić najbardziej przesiąknięte złem potwory: na kogo dzisiaj przyszedł czas? Elena prawie słyszała już szydercze chichoty.

- Bonnie – szepnęła.

Nie potwierdził. Nie zaprzeczył. Nawet się nie poruszył. Dopiero po chwili powiedział:

- Przemieniłem ją. Inaczej byłaby już martwa. Całkowicie, bezpowrotnie martwa.

Elena odwróciła wzrok i przełknęła ślinę.

Wprost genialnie.

**************************

Meredith wpadła do pensjonatu jak burza, co było do niej całkowicie niepodobne.

- Pani Flowers! – krzyczała od progu. Do środka wbiegł za nią Matt, nieźle zdyszany. – Stefano!

- Dzieci, dzieci – powiedziała lekko zirytowana staruszka, wychodząc do ganku. – Pukajcie, otworzę. Po co tyle krzyku i trzaskania drzwiami?

Meredith nie zrozumiała całkowicie, o co chodzi pani Flowers, lecz nie miała czasu zadawać tak nieistotnych pytań. Matt, tak na wszelki wypadek, bardzo ostrożnie zamknął drzwi.

- Stefano dzwonił i…- brunetka zrobiła ruch ręką, który miał świadczyć o tym, że potrzebuje natychmiast widzieć się z Salvatorem. Staruszka bez zbędnych dopowiedzeń wskazała jej na schody prowadzące na piętro.

W starym pokoju Stefano, na jego łóżku, siedziały Elena i Bonnie. Meredith prawie by ich nie poznała. Od ich twarzy bił blask, niemal anielski. Włosy zdawały się mieć wyrazistszy kolor, oczy były bardziej błyszczące. Głosy perliste, jakby słyszała solo grane na flecie poprzecznym.

Wrażenie pękło jak bańka mydlana, kiedy z piskiem się na nią rzuciły.

- Wszystko… ok.? – wydusiła Meredith, obejmując przyjaciółki.

- Tak dobrze, jak tylko mogą się czuć wampirzyca i … – Meredith pomyślała, że chyba pierwszy raz w życiu słyszy, żeby Damon nie mógł znaleźć właściwego słowa.

- Immortale – podpowiedział Stefano z uśmiechem. Damon kiwnął głową.

- Scusi del disturbo – mruknął ironicznie. – Miałem to na końcu języka.

Wszyscy popatrzyli na braci ze zdziwieniem na twarzach.

- Bambini – westchnął czarnowłosy. Nikt jednak nie zdążył się odezwać, bo dodał: – czuję krew.

Bonnie sapnęła i odsunęła się gwałtownie od reszty. Z niepokojem popatrzyła na Damona.

- Też… to…czuję – wyjąkała. – Zabierz to, Stefano. Zabierz!

Wyglądała tak, jakby coś ją opętało. Elena znała ten wyraz twarzy. Głód.

Nagle poczuła przenikliwe zimno. Zdała sobie sprawę, że wszyscy się na nią gapią. To nie było przyjemne. Elena miała wrażenie, że dzieje się coś złego.

- Boże – usłyszała chrapliwy głos Damona. Znała ten ton. Nie wróżył nic dobrego.

Spojrzała na swoją rękę. Widniała na niej dość spora rana w kształcie cyfry osiem, jednak lekko spłaszczonej. Elena nie czuła bólu, pomimo pękniętej skóry. Czuła się tak, jakby była w transie.

- Co to? – Matt przybrał w słowa myśl, którą wszyscy mieli w głowach.

Elena wiedziała. Pamiętała, co mówiły dziwne postaci.

To się nazywa: być Naznaczonym.

Nie miała bladego pojęcia, co to znaczy.

#17 Naznaczona cz.1

Piszę to już trzeci raz… pff…

no cóż , komentujcie ;)

 

 

Damon?

Była pewna, że znalazła się w dobrym miejscu. Ciemność obejmowała wszystko, tylko Księżyc zdawał się być jedynym jasnym punktem w tej rzeczywistości. Bonnie zrobiła krok w przód i usłyszała głuchy trzask – nadepnęła na suchą gałąź. Samotna wrona poderwała się z drzewa i z głośnym krakaniem odleciała w nicość. To z całą pewnością było miejsce, w którym dusza wampira mogła zaznać szczęście.

- Damon? – Bała się odezwać głośno. Ta ciemność ją przerażała, z każdą sekundą coraz bardziej.

Odpowiedział jej tylko szum liści. Najwyraźniej stała na skraju lasu. Sama.

- Proszę, pokaż się – powiedziała, tym razem głośniej. – Wróćmy do domu! To przecież ja, Bonnie!

Nadal nic. W oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Może był na nią zły? W końcu umarł przez głupotę małej, nierozumnej Bonnie. Może Damon nie chciał z nią wracać?

Nie sądziła, że będzie musiała się do tego posunąć. Zdenerwowała się. Mimo to była pewna, że na to wezwanie przybędzie. Coś zakłuło ją w sercu, na myśl o słowach, które miała zamiar wypowiedzieć. Ale brak tego, którego szczerze pokochała, bolał bardziej.

- Damonie! – wytężyła swój umysł oraz struny głosowe do granic możliwości. – Elena cię potrzebuje! Wróć, błagam!

Zamknęła oczy w oczekiwaniu, że zaraz poczuje jego obecność. Po chwili podniosła powieki. Ciemność wydawała się jeszcze głębsza niż przedtem.

Nadal stała sama. Nie wrócił, nawet do Eleny. Miała ochotę uśmiechnąć się triumfalnie, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Skoro nie przybył na dźwięk słowa swojej księżniczki… O Boże.

Czyli jego dusza zniknęła.

Bonnie poczuła, że spada w bezdenną otchłań.

*****************************

 

Pozwolił, żeby wściekłość przejęła nad nim całkowitą kontrolę. Zanim się zorientował, skręcił kark swojej zakładniczce, powalił dwóch łowców na ziemię i brutalnie wyssał z nich obu krew. Do ostatniej kropelki. Żądza mordu zawładnęła jego umysłem i ledwo powstrzymał się, żeby nie rzucić się na swoich przyjaciół. Jakaś cząstka umysłu Stefano wreszcie doszła do głosu, potem po prostu się opamiętał. Ogarnął go nieprawdopodobny smutek. Wstał, żeby za chwilę znów rzucić się na ziemię przy ciele Eleny.

Oto ona – dziewczyna niemal idealna, wzór do naśladowania dla jej rówieśniczek, obiekt pożądania większości chłopców w okolicy, prawdziwy wulkan energii i siły wewnętrznej – leżała martwa na ziemi, z dwoma ranami na skroni. Krew nadal ciekła z ran.

Meredith i Alaric próbowali ją reanimować, ale bez skutku. Matt już wyciągał drżącymi rękoma z kieszeni telefon w celu zadzwonienia po karetkę, ale jeden szybki ruch Stefano wytrącił mu aparat z dłoni.

- Nie rozumiesz? – powiedział łamiącym się głosem. – Ona nie żyje. Tutaj nawet moja krew nie pomoże… Możemy się tylko modlić, w nadziei, że wymieniała krew z Damonem.

Ale Meredith się nie poddawała.

- Otworzyła usta! – krzyknęła w pewnym momencie. – Stefano, daj jej krwi!

Oczywiście nie wiedziała, że Elena jest w tej chwili pojona przez dwie niewidzialne istoty Wodą Życia, zdobytą nieuczciwie przez blondynkę w Mrocznych Wymiarach.

- To niemożliwe – szepnął Stefano, nawet nie zerkając na twarz dziewczyny. Uparcie wpatrywał się teraz w swój pierścień, dający ochronę przed śmiertelnymi dla wampirów promieniami słońca.

- Czy z ciebie zawsze był taki pesymista? – powiedział Matt. Był wściekły.

Stefano wzruszył ramionami.

- Jakoś sobie nie przypominam – dodał chłopak i również ukląkł obok Eleny.

Reanimacja nie przynosiła efektów, choć i tak była bezcelowa. Kule przebiły czaszkę i utknęły w mózgu. Na Ziemi nie było lekarstwa ani zabiegu, który mógłby w takiej chwili pomóc Elenie. Na szczęście istniało coś takiego jak Wszechświat i Wymiary. Meredith po prostu nie chciała siedzieć i patrzeć bezczynnie na najlepszą przyjaciółkę, która zginęła, więc zajmowała się udzielaniem jej pierwszej pomocy.

Stefano miał wrażenie, że zwodzą go oczy. Albo chciał, żeby tak było. Widział przed sobą Damona, który z kolei patrzył na niego. Czuł się tak, jakby był w jakimś śnie. Ubzdurał sobie, że musi zasłonić Elenę, żeby Damon nie mógł się dowiedzieć o jej śmierci. Ale nie mógł się poruszyć. Zamknął oczy i czekał na pierwszy cios.

Ku swojemu zdziwieniu nic nie poczuł. Zdawał sobie sprawę, że zasłużył: pozwolił, aby Elena zginęła. Damon powinien go zabijać powoli i boleśnie. Przyjąłby tą karę bez słowa protestu.

Potem coś sobie przypomniał.

- Gdzie jest Bonnie? – spytał, otworzywszy oczy, wlepiając błędny wzrok w brata. – Zabij mnie, Damonie, ale powiedz; co z Bonnie?!

Rzeczywistość zaczęła tracić wyraz. Dłonie Stefano zaczęły drżeć. Dopiero wtedy ogarnęła go całkowita bezsilność.

Mógłby teraz znieść najobrzydliwsze przekleństwa wychodzące z ust Damona pod swoim adresem – byleby tylko usłyszeć jego głos. Jego brat milczał. Wydawał się wtedy jeszcze bardziej niebezpieczny i nieprzewidywalny niż zwykle.

- Majaczy – stwierdziła Meredith chłodnym głosem. Przerwała bezcelową reanimację Eleny i przybliżyła się do Stefano.

- Oszalał – dodał Alaric, chowając ręce w kieszeniach i starając się nie patrzeć na ciało Eleny.

- Christian – Meredith zwróciła się do wampira, którego Stefano wziął za swego brata. – Pomóż nam. Proszę.

Droga prowadząca do pensjonatu wydawała się być dłuższa, niż była w rzeczywistości. Trzy ciała łowców zostawili tam, gdzie porzucił je Stefano. Stwierdzili, że tak będzie najlepiej.

**************

- Damon!

Bezcelowo. Zupełnie jakby słowa Anny pochłonął wiatr wiejący w tym wymiarze prawie bez przerwy.

- Damon, do jasnej cholery, co ty wyprawiasz?! Zginiemy!

Wampir nie zważając na słowa siostry biegł prosto przed siebie, w stronę zamku stojącego na niewielkim wzgórzu. Dzieliło go od niego już tylko kilkadziesiąt metrów. Miał plan i zamierzał go w pełni i z powodzeniem zrealizować. Jeśli tylko sobie dobrze wszystko poukładał w głowie, to nie powinno być problemów. Myśląc o biednej, samotnej Bonnie, powoli uwalniał swoją aurę, czarną jak piekło, gęstą, nieprzeniknioną. Aura była ucieleśnieniem jego Mocy, duszy i myśli. Pokazywała, jak jest potężny, była niejako wizytówką dla tych, którzy umieli ją zobaczyć. Dla zwykłych śmiertelników była niewidoczna, lecz odczuwalna – w swoim otoczeniu Damon rozsiewał nieuzasadnione uczucie lęku i zagubienia.

- Jesteś szalony! – skwitowała Anna, z trudem kryjąc podziw dla Mocy brata. – Czy ty nie chcesz przypadkiem uwolnić tej głupiej dziewczyny? Jak to zrobisz, kiedy czarownice nas złapią? A może jeszcze wkręcisz nas na kawę i ciasteczka?

- Och, proszę cię – syknął Damon, przystając nagle. – Działasz mi na nerwy. Nie możesz mi zaufać? Rób to, co ja i nie dyskutuj.

- To nie ma najmniejszego sensu – stwierdziła nagle wampirzyca, rozkładając ręce. – Jakikolwiek jest twój plan, nie wypali. Zginiemy.

- Naprawdę? – zadrwił Damon. – Tak się składa, że wykonałem plan na podstawie tego, co wiem o tobie, o ile to prawdziwa historia, oraz własnej dedukcji. Przerwij, jeśli się pomylę, wtedy zawrócimy – milczenie Anny zachęciło go do dalszego mówienia. – Fakt numer jeden: byłaś już w tym wymiarze. Dwa: byłaś więźniem Klausa. Przypuszczenie numer jeden: byłaś tu z Klausem. Ale po co Pierwszy miałby składać wizyty czarownicom? Na kawę, jak to określiłaś? Nie. Zapewne miał w tym jakiś szczególny interes. Zgaduję, że miało być to zapobiegnięcie wykonania jakiegoś czaru. A teraz uwaga: Klaus nie żyje. Wieźmy więc mają wolną rękę, ale tylko pozornie. Bonnie jest jakąś częścią tej układanki i mam zamiar ją stamtąd zabrać, zanim będzie za późno i stanie jej się krzywda. Więc nie marudź, dobrze?

Anna jeszcze przez chwilę się nie odzywała, lecz potem skinęła głową i również zaczęła uwalniać swoją aurę, wyzwalając ją z więzienia umysłu, który trzymał ją na wodzy. Damon tylko się uśmiechnął.

Po minucie byli już przed ogromnymi wrotami prowadzącymi do wnętrza zamku. Jeden jego ruch i leżały roztrzaskane na ziemi.

Na dziedzińcu Akademii wyłożonym szarą kostką brukową nie było nikogo. Wampiry rozejrzały się wokół siebie i nie dostrzegłszy nic podejrzanego, wkroczyły do środka zamku. Damon, prowadzony przez Moc, która wskazywała mu drogę do Bonnie, biegł szybko, lecz bezszelestnie przez ciemne korytarze. A kiedy znalazł się przed dwuskrzydłowymi, drewnianymi drzwiami, bez zastanowienia mocno je pchnął.

Zobaczył ognisko i kilkadziesiąt czarownic wpatrzonych w niego ze zdziwieniem. Poczuł ostry zapach dymu oraz woń, której nie mógł pomylić z żadną inną – woń krwi. Uśmiechnął się szyderczo widząc, że skupił na sobie uwagą. Uwielbiał przedstawienia, już jako dziecko. Komedia czy dramat? Zależy, dla kogo, pomyślał.

- Witam, moje drogie panie – powiedział, robiąc gest, jakby uchylał kapelusz. – Wybaczcie to haniebne spóźnienie. Zaczęłyście beze mnie? – udał zdziwienie. – Nie szkodzi.

- Ktoś ty? – spytała jakaś stara wiedźma, na którą Damon nawet nie raczył spojrzeć. Cały czas wzrokiem szukał Bonnie.

- Powiedzmy, że przyjacielem Klausa – odparł spokojnym głosem.- Bliskim przyjacielem. Widziałem jego śmierć – wszystko to było oczywiście nieprawdą, ale Damon grał. Na deskach teatru można wszystko.

Znalazł ją! Znalazł Bonnie! Serce omal nie wyskoczyło mu z piersi na widok tej bladej, przerażonej twarzyczki.

- A teraz… cóż. Zastępuję go, tak jakby. Podoba mi się ta dziewczyna – powiedział, przykucając przy Bonnie i gładząc ją dłonią po policzku. – Nie będziecie miały nic przeciwko, jeśli ją wezmę? – to pytanie było zbędne, gdyż Damon nie doczekał się protestu czy jakiejkolwiek odpowiedzi.

Pozostawił zdezorientowane i przestraszone czarownice i razem z Bonnie i Anną opuścili mury zamku.

- Nie podoba mi się to – stwierdziła wampirzyca, kiedy już dochodzili do lasu. – To było zbyt proste.

Damon jednak nie przejął się jej słowami. Miał inne zmartwienie. Z niepokojem przyglądał się bladej, dziwnie wymizerowanej dziewczynie, którą niósł na rękach. Nie wyglądała najlepiej, zwłaszcza, że jak na Bonnie dziwne było, że przez taki kawał czasu nie odezwała się jeszcze ani słowem.

Damon przystanął i położył ją na miękkim mchu. Oczy dziewczyny były zasnute mgłą.

- Ja nie chcę umierać… – wyjęczała słabiutkim głosikiem. – Proszę, ja się boję…

- Nie umrzesz, Rudziku – powiedział Damon. – Odpoczniesz i wrócimy do domu.

Anna pokręciła głową, wymownie patrząc na brata. Podchwycił to, co chciała mu przekazać. Bonnie umierała.

- To przez to zaklęcie – jęczała dziewczyna.- Dlaczego byłam taka głupia? Czarownice mnie oszukały, powiedziały, że cię sprowadzę…

- Cicho – Damon starał się ją uspokoić, ale jego prośba nic nie dała.

- Ja się tak strasznie boję, Damon! Moja zazdrość mnie zabija… Pomóż mi, błagam…

Wampir spojrzał na siostrę. Chyba po raz pierwszy w życiu wahał się tak długo. Czy mógł odbierać małej, najprawdopodobniej chorej i nie myślącej jasno Bonnie spokojne życie po śmierci? Z drugiej strony: czy mógł odmówić jej pomocy, o którą prosiła? Anna tylko popatrzyła na niego z lękiem w czarnych oczach. Była zdezorientowana, tak jak on.

Jeszcze przed chwilą bawili się w superbohaterów, teraz nie umieli pomóc nastoletniej dziewczynie.

- To twój wybór – powiedział w końcu Damon.

- Pomóż mi – jęknęła Bonnie.

Brawo, pomyślał. Właśnie wygrałaś podróż do krainy cienia.

 

**************************

Braterska więź dała o sobie znać w zupełnie nieodpowiednim momencie.

W tej samej chwili, w której całkiem przytomny już Stefano wziął na ręce martwe ciało Eleny, a reszta pasażerów wysiadała z samochodu, zza rogu pensjonatu wyłonili się Damon z nieżywą Bonnie w ramionach oraz Anna. Wszyscy znieruchomieli, zszokowani.

Pierwszym odruchem u Stefano na widok brata była chęć porzucenia ciała i ucieczka. Powstrzymał się siłą woli, ale to nie znaczy, że się nie bał. Zagapił się w nienaturalnie bladą twarz Bonnie. Miała zamknięte oczy i lekko rozchylone usta. Rude loki dziewczyny układały się na kurtce Damona. Stefano zrozumiał, że Bonnie jest martwa.

- Ty…- wyrwało się z ust Damona.

-, Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień – wtrącił Alaric, pojawiając się nagle pomiędzy braćmi.

- Czytywałem Biblię, zanim jeszcze urodził się twój pradziadek – syknął Damon, taksując mężczyznę wzrokiem. Najwyraźniej nie mógł sobie przypomnieć tajemniczego nauczyciela historii, który w poprzednim roku uczył w liceum imienia Roberta E. Lee. Zaraz potem jednak dodał zgryźliwie: – Profesorku.

- Wejdźmy do środka – powiedziała Meredith dziwnie spokojnym i zmęczonym głosem.

Wszyscy posłuchali. Pani Flowers została wybudzona z przedpołudniowej drzemki, a ciała dziewczyn ułożone na szerokim łóżku w sypialni właścicielki pensjonatu. Wszystko działo się nienaturalnie powoli w oczach Stefano. Dostrzegał wszystkie szczegóły: pojedyncze włosy Eleny i Bonnie widoczne na białej pościeli. Cienie pod oczami staruszki świadczące o jej zmęczeniu. Drżące dłonie Meredith. Błysk wściekłości w oczach Damona.

- zawiodłem się na tobie.

Słowa bolące bardziej niż najobrzydliwsze przekleństwo. Dotkliwsze niż cios w twarz. Bardziej upokarzające niż pobicie.

-Myślałem, że mogę ci ufać.

Dłonie Damona zacisnęły się w pięści, ale nie uderzył on Stefano. Po prostu stał, drżąc z wściekłości i patrzył mu prosto w oczy. W momencie, kiedy Stefano dostrzegł, że w oczach brata zaczęły pojawiać się łzy, ogarnął go niesamowity smutek i poczucie winy. Stokroć wolałby dostać w twarz od ogarniętego szaleńczą furią brata, niż patrzeć na jego cierpienie. Być może Damon stwierdził, że większym bólem będzie dla Stefano oglądanie cierpienia kogoś bliskiego. Nie pomylił się.

Starszy z braci wyszedł z pokoju energicznym krokiem. Stefano znalazł się w centrum uwagi.

- Anno? – powiedział, wykorzystując chwilę ciszy. Nie zdobył się jednak na to, aby spojrzeć komukolwiek w oczy i skupił swój wzrok na wzorzystym dywanie. – Co się stało z Bonnie?

- Będzie… żyć – odparła wampirzyca, mrużąc oczy i przyglądając się martwym dziewczynom. Stefano, Matta i Alarica przeszył dreszcz na myśl o niewinnej Bonnie w skórze potwora. Meredith po prostu usiadła na skraju łóżka i odetchnęła głęboko. Oczy zebranych spoczęły teraz na twarzy Eleny.

- Mama ją uratowała – odezwała się nagle pani Flowers, skupiając na sobie uwagę.

-Proszę? – spytał Matt, wytrzeszczając oczy. Staruszka się uśmiechnęła.

- Mama bardzo polubiła kochanych braci z Włoch – po tych słowach Stefano nieznacznie się uśmiechnął. Pani Flowers często zaskakiwała różnymi nietypowymi określeniami, ale to był wyjątkowo… dziwne. – Jest im bardzo wdzięczna za wszystko. Nie zapomniała o Wodzie Życia i wysłała dwie dusze, aby pomogły Elenie. Czy jesteście źli?  – spytała, widząc zdziwione miny przyjaciół.

- Woda… – Stefano szukał w pamięci nazwy wymienioną przez staruszkę. – Woda Nieśmiertelności! – zawołał nagle i w przypływie emocji porwał kobietę w ramiona i okręcił się z nią w kółko, co wyglądał bardzo komicznie. Dopiero, kiedy wampir puścił panią Flowers i wytłumaczył przyjaciołom, jak Elena ukradła z Wymiarów płyn dający nieśmiertelność, wszyscy odetchnęli z ulgą.

Potem Stefano raźnym krokiem wyszedł z pokoju, chcąc zobaczyć się z bratem. Zastał go w kuchni, w co najmniej dziwnej pozie, przynajmniej jak na Damona. Siedział on na stole, gapił się w sufit i machał szczupłymi nogami w powietrzu. Po parunastu sekundach wreszcie się wyprostował i popatrzył na młodszego brata.

- Prawą ręką mam zamiar cię uściskać, a lewą poderżnąć gardło – powiedział głosem wyzutym z emocji. Przestał machać nogami i uśmiechnął się niemal niezauważalnie.

- Nie zrobiłbyś ani jednego, ani drugiego – powiedział Stefano z pewnością w głosie.

- Masz rację – stwierdził po chwili Damon, mrużąc oczy jak kot. – Ale od czego są nogi?

Zanim Stefano zdążył złapać puentę, brat wymierzył mu mocnego kopniaka w kolano. Mimowolnie upadł na ziemię z jękiem. Musiał przyznać, że Damon do perfekcji opanował sztukę uderzania w najczulsze miejsca przeciwnika. Nie zrobił bratu większej krzywdy, ale ten mały trik wystarczył, żeby zwalić go z nóg, dosłownie.

- Szczęście ci dopisuje, jak na razie – zaśmiał się Damon, wyciągając rękę w stronę leżącego. – Co jeśli jednak, kiedy w końcu cię opuści? – dodał, cofając dłoń. Potem zniknął w drzwiach prowadzących na korytarz, skąd mógł udać się do sypialni pani Flowers.

#16 Poświęcenie nie boli

No hej! To tak na osłodę przed pierwszym dniem szkoły nowy rozdział! Nie wiem, jak to teraz będę kombinować z dodawaniem nowych notek, ale… postaram się :-)

Nie mam zamiaru zawieszać bloga, więc nie uciekajcie. Miłego czytania życzę i co najważniejsze, samych przyjemności w tych pierwszych dniach szkoły :-)

******

Przystanął. Zdziwiony, omiótł spojrzeniem otaczający go krajobraz. Ze złością zmarszczył brwi.

Czego on się spodziewał?! Na pewno nie lasu, przerażająco starego i ciemnego. Żadnych krzaków, wśród których mógł łatwo podrzeć drogie spodnie, zero błota. Wychodziło na to, że czarownice nie lubiły gości w swoim wymiarze. Zwłaszcza tych porządnie ubranych. Może dlatego, że same najchętniej przywdziewały stare suknie o bliżej nieokreślonym kolorze? – pomyślał i uśmiechnął się nieznacznie.

- No co tak patrzysz? – usłyszał za sobą zirytowany głos Anny. Biedulka, stwierdził w swoich myślach. Zmuszona do wyprawy przez swojego chamskiego brata, aby ratować dziewczynę, którą widziała ledwie raz w życiu.

- Aktualnie? Na drzewa – specjalnie to powiedział, choć wcale nie miał nastroju do żartów. Anna skrzywiła się ze złości, o to właśnie mu chodziło.

- Więc będziemy się tak gapić, czy może ruszysz wreszcie swój tyłek, załatwimy co trzeba i wracamy? – prychnęła, z niechęcią przerzucając na niego wzrok. Nawet na nią nie zerknął. – Więc, jaki jest plan?

Gdyby tylko wiedział…

-Dowiesz się później – odparł wymijająco. – Na razie szukamy miejsca, gdzie przebywa Bonnie. Znajdę ją, to nie jest trudne.

- Damon… – Anna się zaśmiała,czy mu się zdawało? Nie zareagował nawet mrugnięciem. – Po prostu się przyznaj, że jesteś tutaj pierwszy raz, nie masz pojęcia, gdzie znajduje się teraz twoja zguba, a do tego nic nie wiesz o wiedźmach.

Zaskoczyła go, musiał to przyznać. Powoli odwrócił się w jej stronę i próbował nawiązać kontakt wzrokowy, którego skutecznie unikała, patrząc na swoje dłonie.

- A ty niby taka obeznana z tymi czarownicami? – prychnął, przekrzywiając głowę. Uparcie wpatrywał się w twarz Anny, ale zdołał zauważyć tylko krzywy uśmieszek.

- Wiem to i owo… – nie dokończyła, bo Damon, momentalnie pojawiając się bardzo blisko, zaskoczył ją i straciła wątek.

- Co? – spytał chłodnym tonem, wwiercając w nią lodowate spojrzenie. Nie uległa. Byłaby głupia. Uśmiechnęła się, tym razem przebiegle i założyła ręce na piersiach.

- Nie za darmo, kochaniutki.

Nie przewidział takiego obrotu sprawy. To on zawsze stawiał warunki, to Damon Salvatore dostawał to, czego chciał, bez zapłaty. Anna zaczynała go porządnie irytować. Ale to nie był najlepszy moment na pozbycie się jej, nie teraz.

- Czego chcesz? – warknął.

- Wolności po wykonaniu misji oraz szacunku – odparła szybko, z dumą w głosie typową dla arystokratów.

Prawdziwa renesansowa dama – tylko ubrana w sprane dżinsy i luźną, biała bluzkę. Tak samo arogancka i bezczelna, jak większość kobiet z tego okresu, jakie Damon pamiętał. Teraz zdobyła się wreszcie na odwagę, żeby spojrzeć mu w oczy – przez chwilę pomyślał, że są bardzo podobni, ale szybko pozbył się tej myśli.

- Skąd pomysł, że miałbym cię więzić? – nie dawał za wygraną wampir, unosząc lekko w górę kąciki ust.

- Nie znam cię, ale jednocześnie dobrze wiem, że masz debilne pomysły – odparła. – To jak? Czas leci, czarownice nie będą na ciebie czekać.

Denerwowała go. Była bezczelna i zarazem cwana. Taki charakter u kobiet ubóstwiał, ale tylko w w miarę znośnej wersji. Anna przekraczała dopuszczalne granice, przynajmniej jak dla Damona.

- Prowadź – powiedział po chwili wewnętrznej walki, z wyraźną niechęcią w głosie. Nienawidził być na czyjejś łasce. Zwłaszcza kobiety.

Anna z triumfalnym uśmiechem ruszyła ścieżką, prosto w głąb lasu, zgrabnie stawiając stopy, tak, żeby nie obedrzeć o ciernie delikatnej skóry na nogach. Damon ruszył za nią. Po chwili zaczął wiać zimny i porywisty wiatr.

********

- Eleno!

Tylko mocniej nakryła się kołdrą. Poczuła się bezpieczniej. Ale zaraz potem usłyszała, że ciotka otwiera drzwi do jej pokoju. Nie widziała kobiety, jednak wiedziała, że to ona. Poznała jej energiczny chód i sposób, w jaki naciskała klamkę. Tylko ona była tak gwałtowna i wiecznie zabiegana.

- Czemu nie zeszłaś na śniadanie? – zganiła ją Judith. Elena wręcz wyobraziła sobie minę ciotki i nerwowo zachichotała. Na szczęście pościel stłumiła ten odgłos.

Kobieta usiadła na skraju łóżka i westchnęła. Widząc, że dziewczyna nie pali się do zwierzeń, sama postanowiła zacząć.

- W ostatnim czasie dzieją się tutaj naprawdę dziwne rzeczy.

Elena się skrzywiła. To, co działo się teraz, było niczym w porównaniu z masakrą podczas starć z Katherine, Klausem i Schinischim. Mimowolnie zadrżała.

- Powiedz mi, Eleno, czy ty coś wiesz na temat zniknięcia Bonnie? – spytała Judith. Tym razem w jej głosie słychać było troskę. – Jej rodzice naprawdę się martwią.

- Nie – odparła cicho. Teraz miała inne, ważniejsze sprawy na głowie, niż zbywanie ciotki. Rodzice Meredith mieli wyjść ze szpitala po południu. – Dzwonił ktoś do mnie?

- Tak – odparła niechętnie ciotka. – Matt. Prosił o spotkanie przy jego domu, o dziesiątej.

Elena wysunęła głowę spod kołdry, bądź co bądź było pod nią duszno i gorąco. Spojrzała na zegarek – siódma trzydzieści. Nie mogła siedzieć bezczynnie do dziesiątej! Należało działać już teraz! Pospiesznie wyskoczyła z łóżka i otworzyła szafę w celu znalezienia wygodnego ubrania.

- Masz dużo czasu – zauważyła ciotka, zdziwiona jej reakcją. – A wracając do sprawy Bonnie…

- Nic nie wiem, ciociu – powtórzyła Elena, trochę zdenerwowana. Nie lubiła kłamać. – Nie mam pojęcia, co się z nią stało, dawno się nie widziałyśmy. Wczoraj razem z Meredith i chłopakami szukaliśmy jej cały dzień. Przykro mi.

Potem wybiegła z pokoju, przebrała się i uczesała. Po dwudziestu minutach była już w drodze do pensjonatu.

Tak, jak się spodziewała, Stefano nie spał. Zdążyła zauważyć jego twarz w oknie, zanim zasunął zasłony. Kiedy otworzyła stare, skrzypiące w zawiasach drzwi do budynku, stał już zaraz przed nią.

- Wejdziesz? – spytał cicho, odsuwając się na bok. Coś w głowie Eleny wręcz błagało ciało, żeby to posłuchało wampira. Ale mózg uparcie trwał przy swoim. Przecież nie było czasu do stracenia.

- Nie. Musimy iść – odparła po chwili. Jej głos w starych murach pensjonatu brzmiał dziwnie odlegle, jakby wydobyła się z ust kogoś innego. Dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że choć miała taki zamiar, nie ona wypowiedziała te słowa. W progu mieszkania pani Flowers stała Meredith.

- Co tu robisz? – zdziwiła się Elena, omiatając spojrzeniem przyjaciółkę, jakby ta była duchem.

- Spałam – odparła chłodno Meredith. – Matt do ciebie nie dzwonił?

Elena mogłaby dać głowę, że w głosie dziewczyny usłyszała nutkę ironii.

- Tak, a co? – zdziwiła się. Meredith wyglądała na niezadowoloną. – Po prostu pomyślałam, że im wcześniej zaczniemy, tym lepiej…

-Elena!?

Wspomniana odwróciła się, gdyż okrzyk rozległ się tuż za nią. Matt stał jak kołek, z otwartymi ustami i dziwnym spojrzeniem zaraz przed schodami prowadzącymi do pensjonatu.

- Co to ma być? – spytała ostro Elena. Wbiła mordercze spojrzenie w Meredith, ta zaś ze spokojem westchnęła i dopiero po chwili odpowiedziała:

- Alaric przylatuje. Chcieliśmy, żebyś odpoczęła, dlatego postanowiliśmy sami pojechać po niego na lotnisko. Przyda nam się jego pomoc.

Wcale nie była zmęczona. Wiedzieli, że chciałaby pojechać. Nie powinni jej okłamywać. Trzy głębokie oddechy później wyszła z pensjonatu, omijając zdezorientowanego Matta.

- Dokąd idziesz? – spytał Stefano, podchodząc do drzwi.

- Jedziemy, czy nie? – zawołała w odpowiedzi, siląc się na uśmiech. Po chwili byli już w drodze na lotnisko.

*********

Bonnie ani trochę nie podobała siew Akademia, jeśli tak można było nazwać stare w zamczysko stojące na wzgórzu. Dostała mały, ciemny pokój, który na pierwszy rzut oka wyglądał jak jaskinia. We wnętrzu unosił się nieprzyjemny zapach spalenizny i dymu, a jej współlokatorka zachowywała się tak, jakby żyła w swoim własnym świecie- ani razu nie spojrzała na Bonnie. To było irytujące, zwłaszcza, że dziewczyna nie wiedziała, co ze sobą zrobić.

W końcu postanowiła przerwać niezręczną ciszę.

- Jestem Bonie, a ty?

Dziewczyna, do której były skierowane te słowa poruszyła się nieznacznie i dopiero po chwili odpowiedziała, podnosząc głowę, pokazując tym samym piękny, jasnoniebieski kolor tęczówek. W połączeniu z czarną szopą krótkich włosów wydawały siew jeszcze w bardziej przejrzyste, niż były w rzeczywistości.

- Aby – odparła krótko, bez cienia emocji w głosie.

- Miło mi – powiedziała szczerze Bonnie, próbując nawiązać rozmowę. – Skąd jesteś? Ja z Wirginii, Fell’s Church.

- Waszyngton.

Bonnie nie zamierzała zniechęcać się krótkimi odpowiedziami Aby, wręcz przeciwnie, zaczęła zadawać więcej pytań. Jak przypuszczała, dziewczyna w końcu się otworzyła.

- Wiesz może, jak to wszystko się ma odbyć? – zrozumiała, że Aby pyta o zaklęcie, które miałoby ożywić zmarłych.

Nawet się nad tym nie zastanawiała. Dostrzegła szansę, żeby móc przywrócić Damona, nie spytała o konsekwencje czy szczegóły zaklęcia. Po prostu nie obchodziło ją, czy czarownice będą oczekiwać czegoś w zamian za pomoc. Liczył się teraz tylko Damon, jego ciało porzucone i zagrzebane w popiele, oczy pozbawione blasku, zawsze wesoła dusza.

- Ja… – zaczęła Bonnie niepewnie, ale nie zdążyła odpowiedzieć. Drzwi do ,,pokoju” się otworzyły i w progu pojawiła się Emily – ta sama czarownica, która sprowadziła ją do Akademii.

- Za mną – powiedziała takim tonem, że nie śmiały nie zareagować. Po chwili już kroczyły na końcu kilkunastoosobowego pochodu złożonego z dziewczyn w podobnym wieku do Bonnie oraz z Emily na przedzie. Czarownica, oświetlając sobie drogę pochodnią trzymaną w szczupłej dłoni prowadziła je przez wąski korytarz, który zdawał się nie mieć końca.

Potem dla Bonnie czas się zatrzymał. Zmysłami rejestrowała wszystko, ale docierało to do niej jakby z wymiaru. Strach ją sparaliżował. Wprowadzono je na arenę, na ławkach dookoła ogniska palącego się na środku pomieszczenia siedziały kobiety w różnym wieku. Nie można było się oprzeć wrażeniu, że patrzą na dziewczyny z triumfem, jak gdyby miały zaraz zabić największego wroga.

Została brutalnie posadzona na ziemi, podobnie jak inne dziewczyny. Razem utworzyły krąg wokół ogniska. Ogień był piękny, tyle zapamiętała Bonnie. Nawet nie słuchała, co mówi Emily, po prostu patrzyła w płomienie jak zaczarowana.

Ktoś mocno ścisnął jej rękę, chciała się wyrwać, ale było już za późno. Zobaczyła krew. Z przerażeniem stwierdziła, że rozcięto jej nadgarstek i to jej własna krew spływa do glinianej miski. Nie krzyczał a, jakimś cudem wcale nie bolało. Czuła się dziwnie otępiała. A potem zakręciło jej się w głowie.

Gęsta, czerwona ciecz z kilkunastu misek, przy szeptach kilkuset czarownic została wlana do ognia. Potem była już tylko ciemność.

*****

Do lotniska zostało zaledwie pięć minut jazdy. Meredith prowadziła jak zwykle ostrożnie, ale na prostych odcinkach drogi chętnie naciskała mocniej pedał gazu. Każdy rozumiał, że niecierpliwi się na spotkanie z chłopakiem.

Elena siedziała na tylnym siedzeniu obok Matta i starała się ukryć swoje niezadowolenie, bynajmniej nie chodziło o to, że przebywa w jednym samochodzie z dwoma byłymi naraz – była zła, bo choć jej przyjaciele niewoli dobre intencje, traktowali ją, jakby była ciężko chora. A przecież wcale się tak nie czuła, w ogóle nie mieli podstaw, by się o nią martwić.

- Nie chcę siać paniki, czy coś w tym rodzaju, ale ten srebrny Ford jedzie za nami prawie od pensjonatu – powiedziała Meredith, zerkając we wsteczne lusterko. Pozostała trójka jak na komendę masie odwróciła. Rzeczywiście – parę metrów za samochodem Sulezówny jechał pojazd wspomniany przez dziewczynę.

- To łowcy. Chodzi im o mnie – powiedział Stefano chłodno. – Zatrzymaj się, muszę ich od was odciągnąć.

Ale Meredith zrobiła coś dokładnie odwrotnego – przyspieszyła. Salvatore spojrzał na nią z wyrzutem.

- Posłuchaj mnie. To nie ma sensu. Odbiera Alarica z lotniska, łowcy skupią się na mnie. Potem wrócę do was i pomyślimy, jak rozwiązać sprawę zegarków – mówił kojącym tonem, jakby miał zamiar ją zahipnotyzować.

- Nie zgadzam się – przerwała Elena. – Nie puścimy cię samego.

- Przecież obiecałem Damonowi, że będę cię pilnował. Wrócę – odpadł Stefano.

Rzeczywiście, przysiągł bratu na swoje życie, że będzie miał jego złotowłosą piękność na oku. Tak właśnie powiedział Damon.

- Dobrze – zgodziła się Meredith i zwolniła. Wampir szybko wysiadł z samochodu, zatrzasnął drzwiczki, a już po chwili znikał w pobliskim lasku. Łowcy go zauważyli i poprowadzili swój samochód po polnej drodze, kierując się za Stefano.

- Nic mu się nie stanie, Eleno – powiedział Matt, ale dla dziewczyny zabrzmiało to mało przekonująco.

Po minucie jazdy zauważyli postać z walizką na kółkach taszczoną w ręce i torbą przewieszoną przez ramię. Meredith pierwszą rozpoznała w mężczyźnie Alarica i nacisnęła klakson. Samolot musiał przylecieć wcześniej. Przyjaciółka kazała Elenie i Mattowi zostać w samochodzie, kiedy ona pomagała mężczyźnie wkładać torby do bagażnika. Oboje siedzący w środku daliby głowy, że jak na zwykłe w pakowanie trwało to trochę za długo. Matt się zarumienił, a Elena nagle poczuła, że chciałaby teraz pocałować Damona. Po chwili byli już w drodze powrotnej do Fell’s Church.

- Do nowego, absolwenci? – Zagadnął były nauczyciel obecnej trójki. Elena była pewna, że to pytanie zostało zadanie tylko z uprzejmości, przecież Meredith na pewno wszystko już zrelacjonowała swojemu narzeczonemu przez telefon.

- A co może dziać się w Fell’s Church? – Zaśmiał się Matt. – To co zwykle; wampiry, zabójstwa, problemy rodzinne… A pojutrze ma nawet przyjechać cyrk!

Elena nie mogła się nie za śmiać, podobnie jak inni. Stary, dobry Matt.

- A gdzie Stefano? – spytał po chwili Alaric.

- Łowcy – rzuciła krótko Meredith. Musi się ukrywać, podobnie jak Christian.

- Mogę wam pomóc jakoś przekonać twoich rodziców – zwrócił się do narzeczonej Alaric.- Ale chyba najlepiej będzie, jeśli Stefano i Christian wyjadą. Przykro mi.

- Taki mamy zamiar – odparła szybko Elena. – Czeka my tylko na Damona i Bonnie. Nie rusza my się stąd, dopóki nie wrócą.

Matt popatrzył na nią dziwnie, ale całkowicie go zignorowała. Przecież to oczywiste, że musiała wyjechać. Nie żyłaby z Damonem w miejscu, gdzie każdy mógł go łatwo namierzyć i zabić. Nawet jeśli było to jej rodzinne miasteczko.

- Rozumiem – rzucił tylko Alaric.

- Hej! Patrzcie! – Zawołał nagle Matt. Elena spojrzała przez szybę po jego stronie. Zamarła.

Stefano stał przy srodze, odwrócony do nich tyłem, parę metrów przed Salvatorem stało dwóch mężczyzn z pistoletami gotowymi do strzału. Wampir trzymał przed sobą zakładniczkę, która zasłaniała swoim ciałem jego głowę i klatkę piersiową.

- Spokojnie, panno Sulez! Proszę po prostu wbić mu kołek w serce, wiem, że ma go pani przy sobie. Jeśli ten potwór się poruszy, wpakuję mu drewniane kulki w  głowę! – instruował jeden z łowców, który widział, że Meredith wysiada z samochodu. Reszta poszła śladem dziewczyny i również opuściła pojazd.

Elena zerknęła na Meredith. Nie zrobi tego – pomyślała, gdy zobaczyła wyraz twarzy przyjaciółki. Mimo to widziała, że wyjmuje ona z kieszeni kurtki drewniany kołek. To dla zmyłki – tłumaczyła sobie Elena. Przecież ona go nie zabije.

- Proszę się odsunąć! – zorientowała się, że te słowa skierowane były do niej oraz Matta i Alarica. Żadne z nich nie drgnęło.

Wtedy Stefano odwrócił się twarzą do Meredith, tym samym odsłaniając na chwilę tył swojej czaszki na łatwy cel dla łowców. To wtedy też Elena zadziałała zgodnie z instynktem: pędem ruszyła w stronę wampira. Usłyszała dwa równoczesne okrzyki, które zrozumiała dopiero po chwili: ,,Elena, nie!” oraz: ,,Gin, psie!”

Nie była psem. Była tygrysem.

Zdążyła popchnąć Stefano, prze wracając go na ziemię. Ale nie zdołała odszukać swojego przeznaczenia. Dwie kule trafiły ją w lewą skroń.

************

- Jak brzmiało polecenie? Sprawić, żeby oboje byli szczęśliwi – mądrzyła się czerwonowłosa kobieta ubrana cała na czarno. – Na pewno nie są szczęśliwi, kiedy ona – wskazała ręką na Elenę leżącą na trawie – nie żyje.

Drugą kobieta, bliźniaczo podobna do pierwszej, przytaknęła.

- Dobrze, że jednak ukradła tą wodę – kontynuowała czerwonowłosa, wlewając świetlisty płyn do ust Eleny.

- Ale się zadziwia – zaśmiała się druga.

- Masz rację. Zmartwychwstanie – który to już raz? Nie ważne – stwierdziła dziewczyna, zakręcając butelkę z Wodą Życia i kładąc ją przy ciele Eleny.

- Różo Pustyni?

- Tak? – Spytała zagadnięta.

- Czy ona też będzie Naznaczona? Tak jak nasza Pani?

- Z pewnością – odparła Róża  Pustyni poważnie. – Zbierajmy się. Nie chcemy, żeby ten wampir nas wyczuł. To ma być tajemnica.

 

*******

Ok, to tyle :-)

Czytanie= komentowanie :-)

 

#15 łzy przelane na papier

Siemka! ;3

Wakacje już w końcowej fazie ;(

Już po Teren Choice Awards – TVD najlepszym serialem fantasy/sci-fi, Nina najlepszą aktorką w tej kategorii a Ian najlepszym aktorem! <3 Moje typy ;)

Ok, dość, nie będę przynudzać.

Ostatni rozdział powiększył jeszcze niewiadome – co się dzieje z Bonnie? Co Damon miał na myśli, mówiąc , że jest z nią źle? Kim w tym wszystkim jest Christian? No i jak przebiegnie od dawna planowane spotkanie, mające na celu wyjaśnić wszystko pomiędzy wtajemniczonymi w mroczne sekrety Fell’s Church?

Ten rozdział to drobny przeskok w przyszłość – zdarzenia w nim ukazane opisują momenty po spotkaniu w pensjonacie, tego samego dnia, co w poprzednim rozdziale, ale wieczorem. Zaś podczas pisania pamiętnika, Elena będzie przywoływać wspomnienia, starając się pozbierać myśli, stąd te wstawki dialogów.

Have a nice day, readers!

***********

Cisza. Oprócz odgłosów zbliżającej się wieczornej burzy oraz szumu liści poruszanych przez gwałtowne podmuchy wiatru, na Maple Street panował zupełny spokój.

Pozornie.

Pożegnanie sprawiało Elenie wielki ból i wywołało w jej duszy piekło. Czas był teraz na wagę złota, doskonale o tym wiedziała, ale dlatego jeszcze trudniej było jej wypuścić z uścisku Damona. Płakała, a on stał, niewzruszony, jakby bojąc się ją objąć, żeby potem nie zrezygnować z misji, której się podjął.

Pierwsze krople deszczu spadły na ich włosy i twarze. Ale żadne z nich nie chciało odejść pierwsze, nie chcieli przez przypadek pokazać, że im nie zależy. Strużki wody ściekały po bladych policzkach Damona, był to deszcz, czy może łzy?

- Muszę już iść – szepnął. Elena wiedziała, że wampir ma rację. Bonnie wpakowała się w kłopoty, a z długiej i burzliwej rozmowy, jaką przeprowadzili w pensjonacie wynikało, że nie zostało wiele  czasu.

Dzisiejszego dnia wszystko się wyjaśniło, razem doszli do całej prawdy- od Bonnie, przez powroty rodzeństwa, po ataki w Fell’s Church. Ale teraz należało zacząć działać, żeby naprawić to, co zrobiono źle.

Elena oderwała się od wampira i cofnęła się parę drobnych kroczków. Ostatni raz przed rozstaniem spojrzał a mu w oczy. Wiedziała, że nie może iść z nim, choć była to rzecz, której w chwili obecnej najbardziej pragnęła.

- Odejdź- powiedział Damon w miarę spokojnym głosem. – Idź, szybko.

Rozpętała się ulewa, niebezpiecznie blisko na niebie pojawiła się błyskawica. Za chwilę huknęło, tak jakby ziemia chciał się rozerwać na kilka części właśnie przed domem Eleny. Uczucia, które Damon kumulował w sobie przez cały dzień aż do tej chwili ujawniły się w postaci burzy. Byli cali przemoczeni, ale żadne nie ruszyło się z miejsca. W końcu wampir zrobił dwa zdecydowane kroki w stronę dziewczyny. Myślała, że ją pocałuje, ale on z tym walczył, to było widać na jego twarzy. Ale dlaczego?

Damon nie zadowala się przelotnym całusem – podpowiedział głosik w głowie Eleny. Miał rację. Nie było sensu tego przedłużać.

- Uciekaj – warknął, zatrzymując się zaraz przed nią. Jego oczy niebezpiecznie pociemniały. – Słyszysz? Już!

Kolejny grzmot. Elena odwróciła się na poecie i biegiem ruszyła w stronę drzwi do swojego domu. Jednak kiedy wybiegła na ganek, jeszcze raz spojrzał a na Damona.

Stał w lekkim rozk roku, a jego ręce były zaciśnięte w pięści. Woda lejąca  się obficie z ciemnych chmur spływała po jego czarnych włosach i niesamowicie przystojnej twarzy, wsiąkała w podkoszulek, zbierała się na skórzanej kurtce i skapywała na obcisłe spodnie i miękkie, czarne buty. Kiedy ten obraz przysłoniły łzy, Elena wybiegła do domu, zatrzaskując za sobą drzwi.

Była tak zajęta swoimi myślami, że wpadając do przedpokoju, prawie przewróciła ciotkę.

- Przepraszam – szepnęła i ominęła Judith, kierując się w stronę schodów na górne piętro.

- Eleno! – opamiętała się kobieta i w ostatniej chwili chwyciła siostrzenicę za łokieć. – Gdzieś ty była! Od rana się martwię, dzwoniłam do rodziców Matta i powiedzieli, że ich dziecko też zniknęło bez słowa! W dodatku Bonnie…

- Daj mi teraz spokój – warknęła Elena, ocierając łzy i próbując wyrwać się z uścisku ciotki. – Byłam z Meredith, Mattem i Stefano w pensjonacie! Czuję się dobrze, ale chcę zostać sama!

Czuła, że to nie w porządku wobec ciotki, ale nie mogła już powstrzymać emocji. One po prostu… wypłynęły z jej wnętrza w postaci słów krzywdzących opiekunkę. Po policzkach pociekły jej kolejne łzy. Nadal mocowała się z Judith i miała wrażenie, że ta drobna walka przekracza jej siły. Była bezbronna, taka samotna.

Na szczęście zadzwonił telefon, ciotka po chwili wahania puściła jej łokieć.

- Jutro rano porozmawiamy – powiedziała kobieta stanowczym głosem i podeszła do aparatu. Elena pobiegła na górę, do swojego pokoju. Przekręciła drzwi na klucz i rzuciła się na łóżko.

Mokra, bezbronna, ta Elena w niczym nie przypominała popularnej i lubianej uczennicy liceum im. Roberta E. Lee. Przytłoczona mrokiem, który otaczał jej duszę od chwili poznania tajemnicy braci Salvatore, zmieniła się nie do poznania. Przygnębienie do padało ją coraz częściej, a zwłaszcza, kiedy nie było przy niej kogoś bliskiego. Wtedy swojego przyjaciela… wyjmowała spod poduszki.

 

Drogi Pamiętniku!                                               19.08

I znowu płacze. Ostatnio robię prawie tylko to. No bo co mi pozostało? 

Żeby napisać, czemu jestem przybita, muszę Ci wyjaśnić wiele rzeczy. Otóż panuje stereotyp, że blondynki są głupie. To nie…

TAK, TO PRAWDA!

Nie zauważyłam tak wielu rzeczy, a może po prostu byłam zbytnio zajęta własną osobą i swoim szczęściem? Do rzeczy jednak.

Dziś odbyło się tajne spotkanie w pensjonacie pani Flowers. Uczestniczyliśmy w nim: ja, Meredith, Matt, Stefano, Damon, Anna i Christian. Możesz myśleć, że od rozpaczy po mieszkało mi się w głowie. Nieprawda. Stefano wrócił, pojawił się już na weselu Judith i Roberta. Damon także się tam zjawił. Jakim cudem? Przybył z zaświatów. Naprawdę ciężko było nam dziś od niego wyłudzić choć część tej tajemnicy.

 

- Ale jak?! – dopytywał się Stefano z ogromnym uśmiechem na twarzy, co raczej nie było do niego podobne. Wyglądał raczej komicznie, nieczęsto bywał zadowolony. Twarz Damona mówiła zaś, że wcale nie ma ochoty na opowiadanie historyjek.

- Czy to naprawdę tak istotne? – prychnął ze złością.

- Tak! – powiedzieli jednocześnie Elena i Stefano. Damon wywrócił oczami.

- To Kula – mruknął niechętnie starszy Salvatore. – Krople z magicznej Kuli Kitsune mnie ożywiły. Naprawdę, nie ma czym się chwalić.

Na twarz Stefano wystąpił triumfalny uśmieszek, za to Anna i Christian wydawali się być przerażeni. Nic dziwnego – przecież nic nie rozumieli.

- Zadowolony? – rzucił Damon w stronę brata z krzywym uśmiechem na ustach i rozparł się w czarnym fotelu, który zaskrzypiał cicho pod wpływem ciężaru jego ciała.

 

W końcu jednak dopięliśmy swego – okazało się, że dzięki temu, że zniszczyłam Kulę, setki małych kropli czystej Mocy rozprysły się po księżycu i niektóre spadły na Damona, ożywiając go. To niesamowite i nawet sobie nie wyobrażasz, jaka jestem szczęśliwa!

Ale przecież płaczę, więc coś musi być nie tak, prawda? Oczywiście. Chodzi o Bonnie. Wczoraj, a raczej dzisiaj a nocy uciekła. Dowiedziałam się o tym, kiedy razem ze Stefano chcieliśmy zabrać ją na poprzednie, nieudane spotkanie, które w końcu się nie odbyło. Damon jakimś sposobem wydusił z Anny ( o niej później ) , że Bonnie zniknęła w krypcie. Wydaje mi się, że dziś rano po prostu się ze mną droczył, że domyśla się, gdzie jest  nasza uciekinierka. Grunt, że wiemy, gdzie jest Bonnie, a doszliśmy do tego poprzez posklejanie odpowiednich kawałeczków puzzli...

 

Damon przechadzał się nerwowo po niewielkim pokoju w pensjonacie, a reszta po prostu patrzyła na niego w oczekiwaniu, że coś mu przyjdzie do głowy. A niektórzy po prostu nie byli zbytnio przejęci zniknięciem Bonnie, zostali tylko i wyłącznie z przymusu.

- Nie mogła tam wejść i zniknąć – powiedział Stefano.

- W takim razie przyszywana siostra kłamie – Damon przy stanął i rzucił wrogie spojrzenie w kierunku Anny.

- Nie. Przysięgam, ona tam weszła, z jakąś kobietą – powtórzyła już chyba po raz trzeci tego dnia Anna. To właśnie ona była tą ,, pomocą ” , która miała zająć się przyjaciółmi Stefano, podczas gdy on eskortował Elenę na wesele Judith. To Anna widziała Bonnie po raz ostatni i nie zareagowała, kiedy ta robiła coś głupiego.

- Może portal? – podsunęła Elena, oświecona nagłą myślą. Damon spojrzał na nią z zaciekawieniem.

- Bingo – mruknął, jakby sam do siebie. – Ale dokąd miałby on prowadzić?

- Podstawowe pytanie to: gdzie Bonnie miałaby dobrowolnie sama się udać? – wtrąciła Meredith. – Ostatnio czuła się samotna, czyż nie? W takim razie ta kobieta, o której mówi Anna, musiała zapewnić jej przyjaciół, lub coś obiecać.

- A może ona tam poszła nie po nowych, ale starych przyjaciół? – słowa Matta zupełnie zaskoczyły pozostałych. Z pozoru brzmiały tak, jak gdyby chłopak był pijany i gadał od rzeczy, ale jeśli pomyśleć z nad nimi chwilę…

- To ma sens – powiedziała Elena poważnie, machinalnie wstając z kanapy i przy stając obok Damona na środku pokoju.

- Jaki? – zadziwił się Stefano, unosząc brwi i patrząc pytająco na Elenę.

- Chyba każdy z nas wie, że Bonnie od początku podobał się Damon, nie ukrywajmy tego – odparła Elena, zerkając na twarze przyjaciół, żeby ocenić ich reakcje. Tylko Stefano wyglądał na zaskoczonego. – A co, jeśli chciała go ożywić? Jest takie miejsce w Mrocznych Wymiarach lub gdziekolwiek indziej?

- Akademia Czarownic – odparła Meredith spokojnym tonem. – Tam mogłaby się nauczyć wielu zaklęć. Ale… obawiam się, że nie takiego.

- Dlatego, że ten czar nie istnieje! – warknął Damon w nagłym przypływie złości. – Wiedziałem, że coś jest nie tak. Miałem przeczucie.

Elena z względnym spokojem patrzyła, jak oczy Damona czarnieją, a dłonie zaciska ją się w pięści.

- Pójdę po nią – dodał po chwili. – I ani słowa sprzeciwu. Biorę tylko Annę, to dla bezpieczeństwa Eleny.

- Damon… – próbował oponować Stefano. Bez większych sukcesów.

- Powiedziałem coś – warknął groźnie wampir. – Powtórzyć?

 

Do końca tego dnia Damon był zły, nawet nie mogliśmy się normalnie pożegnać. A teraz najprawdopodobniej jest w drodze po Bonnie, razem z Anną, jego siostrą. 

Tak, tak. SIOSTRĄ. Wampirzycą, byłym więźniem Klausa. Stefano spotkał ją podobno przez przypadek, powierzył jej bezpieczeństwo Bonnie i reszty. Zawiodła na całej linii. A potem jeszcze próbowała mnie zabić. Wybuchowy temperament, nie ma co. Ale nie zamierzam oceniać książki po okładce. Nie zamierzam też wierzyć relacji Stefano i opinii na jej temat Damona. Nie ufam recenzjom czy streszczeniom. Wolę sama przeczytać tę powieść, może mi się spodoba?

Aha, jeszcze jedna ,,zguba” odnaleziona. To Christian, brat bliźniak Meredith. To on stoi za tymi dwoma zabójstwami w ostatnim czasie, to jego widziałyśmy razem z Merry podczas podsłuchiwania zebrania Rady. To Christian okaleczył w dniu ślubu Judith swoich rodziców, teraz leżą oni w szpitalu. Lecz kiedy tylko wyjdą, będą próbować złapać Stefano, Salvatore opowiedział nam o tym, jak bezmyślnie się zachował, a Meredith dodała wzmiankę o zegarkach. 

Tak więc, wzbogaceni o nowe fakty i przypuszczenia, rozdzieliliśmu zadania:

1. Damon i Anna ratują Bonnie.

2. Stefano stara się, by nie złapano ani jego, ani Christiana.

3. Ja i Meredith konfiskujemy zegarki oraz staramy się pilnować Christiana, żeby nie popełnił kolejnych głupstw.

4. Matt pomaga jak może.

Tak więc… Mogę już wyjaśnić, czemu płakałam. Już ochłonęłam. Otóż bardzo się boję. Czego? Jutra. Tego, że Bonnie dzieje się w tym momencie coś , że Damon właśnie cierpi, że Rada złapie Stefano. Boję się o swoje własne życie. To wcale nie jest takie proste – być, ale jednocześnie wiedzieć, że w ciągu następnej godziny może zdarzyć się tragedia. 

Czekam na lepsze jutro – pełne nadziei i słońca.

**********

Pierwsza fala deszczu przeszła już po chwili. Nadal grzmiało, a ciemne niebo przecinały błyskawice. Ale burza odchodziła i z każdą minutą była coraz dalej.

Damon wolnym krokiem opuszczał ogród Gilbertów. Nie przeszkadzały mu mokre ubrania ściśle przylegające do jego ciała. Powietrze było wilgotne i rześkie, oczyszczone z kurzu i pyłu. On sam też był w pewien sposób wypłukany z emocji. Rozładował wreszcie swój gniew, żałował tylko, że zranił przy tym Elenę. Przy stanął, kiedy poczuł czyjś wzrok na karku.

- Przyszłaś – powiedział chłodno, nadal stojąc tyłem do przybyłej Anny.

- A miałam wyjście? – mruknęła wampirzyca, zrównując się z Damonem. – Tak na marginesie : jesteś bardzo delikatny, braciszku. Bardzo, zwłaszcza dla kobiet – rzuciła z ironią.

- Stefano sobie możesz nazywać braciszkiem, nie mnie – zaznaczył ostro wampir. – Ja to nie on, nie daję się nabrać na każdą bajeczkę.

- Zauważyłam, że twardo stąpasz po ziemi. Sceptyk.

W milczeniu ruszyli drogą prowadzącą na cmentarz, gdzie znajdował się stary, zrujnowany kościół. Zapowiadała się naprawdę uciążliwa wyprawa, dla nich obojga.

 

****

CZYTANIE= KOMENTOWANIE ;D